Skinął głową, wyciągając różdżkę, gotowy do tego, żeby zamaskować wielkość rumaków i przede wszystkim ich skrzydła. Rozejrzał się wokół za jakimś bezpiecznym zakątkiem dla koni, ale w tej ciemnicy burzy, w tych ostrych strugach deszczu, niewiele było widać. Rozświetlony dom pysznił się przed nimi, zasłonięte firany nie pozwalały dokładnie dojrzeć też, co dzieje się w środku. Dom mugoli czy czarodziei? Napotkanie mugoli było zawsze niebezpieczne. Laurent nie miał z nimi doświadczenia, nie miał z nimi do czynienia. Byli obcymi kreaturami, które wyglądały jak czarodzieje, ale wcale nimi nie były. I jednocześnie nie uważał, żeby mieli się wielce od nich różnić, choć napawali lekkim niepokojem - człowiek zwykł w końcu bać się tego, czego nie rozumie. A Prewett miał małe zrozumienie dla mugoloznastwa, na które nawet nie uczęszczał w Hogwarcie. W końcu nie wypadało. Miał być dziedzicem swojego rodu, bardzo wiele rzeczy mu wtedy nie wypadało.
- Dobry pomysł. - Jeśli burza pójdzie o kilka kroków dalej to niedługo będą się musieli przekrzykiwać, żeby w ogóle słyszeć samych siebie. Stali przecież dość blisko. - Zabezpieczę wóz z końmi. - Jeżdżenie powozem w tych czasach wśród mugoli nie było nadmiernie popularne? Przenosili się na te stalowe maszyny, w miastach budowane były machinerie pozwalające się przemieszczać. Coraz mniej koni pokazywało się wszem i wobec. Tym nie mniej nadal bywały w obiegu. Konie - nie pegazy. Dla świata mugoli to były przecież ledwie mity wyciągnięte z mitologii. Pozwolił więc kuzynowi przejąć baczenie nad sytuacją, kiedy sam zajął się abraksanami. Niespokojnymi, zjeżonymi, zmęczonymi walką z żywiołem nawet pomimo siły, jaką posiadały. W powietrzu wiatr miotał nimi i dawały z siebie wszystko, żeby utrzymać prosty kurs i nie dać się ściągnąć gdzieś w bok, gdzie jeszcze mogliby się zgubić albo w najgorszej wersji - rozbić gdzieś w lesie.
Kiedy Basilius zapukał do drzwi mógł usłyszeć jakiś głos nawołujący z wnętrza, którego sens rozpływał się w łopotaniu wiatru i stukocie kropel o wypalane dachówki. W końcu ktoś otworzył. Śliczna dziewczyna - choć chyba już kobieta? - o kasztanowych oczach i brązowych włosach, której natura nie poskąpiła walorów, ale i nie przesadziła z dostatkiem. Niewiasta o owalnej twarzy uśmiechnęła się ciepło, ale zaraz ten ciepły uśmiech przeszedł w szok i zmartwienie, gdy przyszło jej zobaczyć przemokniętego do cna gościa i zawieruchę, jaka dzieje się na dworze.
- Och nie, nie..! - Wyciągnęła rękę prawie jakby chciała Basiliusa wciągnąć do środka, ale zaraz się po prostu cofnęła. - Proszę wejść, szybko! Nie będzie pan tutaj tak moknął na tym ziąbie! - Machnęła zachęcająco ręką, żeby go wciągnąć do wnętrza. Wystarczyło dobrze spojrzeć po wnętrzu, żeby przekonać się, że miało się do czynienia z czarodziejską rodziną, jeśli tylko wiedziało się, na co patrzeć. Basilius wiedział.
- Kto przyszedł? - Blondwłosa piękność wychyliła się z jednego z pokoi, opierając dłonią o framugę drzwi. - O, goście! Papciu! Znowu mamy gości! - I zniknęła z pola widzenia. Basilius mógł dosłyszeć wymianę zdań starszego, męskiego głosu z tym słodkim głosem blondyneczki.