22.12.2022, 17:43 ✶
Wkroczyła do kuchni, nie przejmując się nawet tym, że zostawiła po sobie widoczne kałuże w odciskach ciężkich butów. Takie rzeczy nie miały już sensu ani wagi. Nie przy pozostałych problemach z jakimi mieli się zmierzyć. Wybrała pierwsze z brzegu krzesło, odsuwając je od stołu i obracając tak, żeby usiąść na nim okrakiem, a dłonie ułożyć na oparciu.
— Czytałaś? — Spytała grobowym głosem, kiwając głową w stronę rozłożonych gazet. Usadowiła się, zza ucha wyciągając zmokłego papierosa, a zza paska wyjmując różdżkę.
— Lacarnum Inflamari — Wymruczała, kierując czubek różdżki do mętnie zwisającego bletka, a następnie włożyła go sobie do ust. Nabrała w płuca pierwszy kłąb dymy, próbując w spokoju zebrać myśli. Za plecami Moody, a przez kuchenne okno, dało się najpierw zobaczyć błysk rozdzierający sklepienie, a potem potężny grzmot burzy.
Ida działała mechanicznie, nie mając czasu przystanąć nawet chwilę i pomyśleć, że sama w zasadzie zaliczała się do kategorii zagrożonej. Jej rodzina była w końcu brudna i to w wielu znaczeniach tego słowa. Bezmyślne psy, działające tylko i wyłącznie na rzecz prawa, w dodatku bez pardonu mieszali się z czarodziejami zupełnie mugolskiego pochodzenia, czemu Moody zawdzięczała mglistą, ale wciąż, znajomość świata niemagicznego.
Czarny Pan… Wzdrygnęła się na samą myśl o użyciu tego tytułu, przenosząc wzrok na Brennę. Longbottomowie byli po ich stronie, nawet jeśli sami do końca nie byli pewni, czym ta “ich” strona w zasadzie była. Od zawsze godni zaufania, czyści w swych intencjach, zrobiliby i oddali wszystko, aby ratować innych. Kiedyś być może skłonna byłaby zaśmiać się pod nosem, a ich bezwzględne oddanie określić jako naiwność, ale już nie dzisiaj i zapewne już nie przez długi czas. Mogła przyjść tutaj bez większego zastanowienia, wiedząc, że nad Brenną nie będzie musiała mieć wątpliwości. Musiała jednak wciąż zacząć od początku.
— Voldemort — rozpoczęła, bawiąc się różdżką w swojej dłoni. — Wiedzieliśmy o nim już od jakiegoś czasu. — Drewno było sztywne i zimne w dotyku. Cała ona. Niechętna wobec zmian, woląc samemu nadzorować ich przebieg. — Spodziewałam się, że… Coś zrobi, ale nikt z nas nie mógł wiedzieć do jakiego stopnia to urośnie. Co on tak naprawdę zrobi. — Zmieni bieg historii.
Na zawsze.
Wkrótce powietrze zapełniło się mentolowym zapachem, a sylwetka pochylonej czarownicy rozmazała się delikatnie w dymie. Wyglądała na zmęczoną, ale też nawet bardziej zdeterminowaną niż zwykle. Longbottom musiała wyczuć, że to o czym Ida miała jej powiedzieć, daleko wykraczało poza nawet najpoważniejsze rozmowy ministerialne, jakie dotychczas toczyły. Dotyczyło bowiem, nie pracy, nie przyjemności, a prawdziwego życia, które zaraz miały postawić na szali.
give me a bitter glory.