10.05.2024, 13:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.05.2024, 13:35 przez Bard Beedle.)
– Och nie lubisz wsi? To nic, w sumie... moja rodzina stamtąd pochodzi, może nawet lepiej, że już możemy wykreślić tą opcję. – Podjęła od razu, zaciskając mocniej oplot swoich smukłych ramion na nie tak muskularnym, ale da się nad tym popracować ramieniu lekarza. Był taki asertywny, taki władczy, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że wygrała los na loterii. Sennie położyła swoją głowę na męskim ramieniu, przymykając w samozadowoleniu oczy
– Był? Och kochany, noc jeszcze młoda, a my nie mamy piętnastu lat by kłaść się tak szybko spać.
W tym miejscu, gdyby pewnie gdzieś Mildred mogła wtrącić swoje trzy grosze, to złośliwie powiedziałaby, że proszę oto gotowy kielich, wznoś zwycięzco nad niewiastą dumnie swoją pałkę. Ale nie było jej nigdzie w okolicy. Na szczęście.
Był za to ktoś inny, półleżący przy ścianie zakrwawiony stos szmat. Francesca skrzywiła się, wydęła wargi w niezadowoleniu, wyobrażając sobie już smród jaki z tego bezdomnego pewnie ulatywał. Z wielkim zdziwieniem więc odebrała fakt, że miłość jej życia popędziła w jej kierunku, zostawiając ją samotną w tą wrześniową, jakże chłodną obecnie noc.
To trwało moment, wewnętrzny konflikt, między rozdrażnieniem, a mimo wszystko zachwytem - wszak trafił jej się prawdziwy bohater, zdeterminowany do tego by nieść pomoc w najczarniejszą noc, największym śmieciom i degeneratom magicznej społeczności. Wyborny materiał na ojca, musiała to przyznać i stłumić swoje samolubne zapędy. Obcasy zastukały o bruk, gdy pobiegła za nim zapinając ciaśniej swój szkarłatny płaszczyk, bo przecież nie chodziłaby wieczorami bez płaszcza. Nie była wampirem.
Jej dłonie szybko powróciły do ramienia Basiliusa, jakby chciała podkreślić swój akt własności nad nim.
– Och to doskonale się składa, wezwiesz kochanie kogoś ze swoich kolegów do tego? – zaproponowała, a wtedy nagle jej oczy zatrzymały się na ubrudzonej twarzy tej leżącej pod lampą wywłoki.
Brenna
Zacisnęła szczękę, tylko po to by nie zacisnąć mocniej palców na ramieniu Prewetta. Już raz staneły sobie na drodze. Już raz Longbottomówna stanęła na jej drodze do szczęścia. TO ONA musiała nagadać Erikowi, przedstawić ją w złym świetle, podle nakłamać i nastawić go przeciwko niej. Oczywiście ostatecznie dobrze się stało bo o ileż bezpieczniejszym zawodem była kariera w Mungu a nie w Brygadzie Uderzeniowej, niesmak jednak pozostał. Bogowie jedni wiedzą ile kosztowało ją teraz zachowanie powagi. Ale musiała to zrobić. Dla przyszłego szczęścia swojej rodziny.
– Ten eliksir... masz go u siebie? Mógłbyś teleportować się po niego, a ja jej przypilnuje i poczekam na wsparcie. – głos jej drżał pozornie z troski, a tak na prawdę jad zalewał ją całą a przez myśl przeszło, że taka okazja na zemste trafia się tylko raz...
– Był? Och kochany, noc jeszcze młoda, a my nie mamy piętnastu lat by kłaść się tak szybko spać.
W tym miejscu, gdyby pewnie gdzieś Mildred mogła wtrącić swoje trzy grosze, to złośliwie powiedziałaby, że proszę oto gotowy kielich, wznoś zwycięzco nad niewiastą dumnie swoją pałkę. Ale nie było jej nigdzie w okolicy. Na szczęście.
Był za to ktoś inny, półleżący przy ścianie zakrwawiony stos szmat. Francesca skrzywiła się, wydęła wargi w niezadowoleniu, wyobrażając sobie już smród jaki z tego bezdomnego pewnie ulatywał. Z wielkim zdziwieniem więc odebrała fakt, że miłość jej życia popędziła w jej kierunku, zostawiając ją samotną w tą wrześniową, jakże chłodną obecnie noc.
To trwało moment, wewnętrzny konflikt, między rozdrażnieniem, a mimo wszystko zachwytem - wszak trafił jej się prawdziwy bohater, zdeterminowany do tego by nieść pomoc w najczarniejszą noc, największym śmieciom i degeneratom magicznej społeczności. Wyborny materiał na ojca, musiała to przyznać i stłumić swoje samolubne zapędy. Obcasy zastukały o bruk, gdy pobiegła za nim zapinając ciaśniej swój szkarłatny płaszczyk, bo przecież nie chodziłaby wieczorami bez płaszcza. Nie była wampirem.
Jej dłonie szybko powróciły do ramienia Basiliusa, jakby chciała podkreślić swój akt własności nad nim.
– Och to doskonale się składa, wezwiesz kochanie kogoś ze swoich kolegów do tego? – zaproponowała, a wtedy nagle jej oczy zatrzymały się na ubrudzonej twarzy tej leżącej pod lampą wywłoki.
Brenna
Zacisnęła szczękę, tylko po to by nie zacisnąć mocniej palców na ramieniu Prewetta. Już raz staneły sobie na drodze. Już raz Longbottomówna stanęła na jej drodze do szczęścia. TO ONA musiała nagadać Erikowi, przedstawić ją w złym świetle, podle nakłamać i nastawić go przeciwko niej. Oczywiście ostatecznie dobrze się stało bo o ileż bezpieczniejszym zawodem była kariera w Mungu a nie w Brygadzie Uderzeniowej, niesmak jednak pozostał. Bogowie jedni wiedzą ile kosztowało ją teraz zachowanie powagi. Ale musiała to zrobić. Dla przyszłego szczęścia swojej rodziny.
– Ten eliksir... masz go u siebie? Mógłbyś teleportować się po niego, a ja jej przypilnuje i poczekam na wsparcie. – głos jej drżał pozornie z troski, a tak na prawdę jad zalewał ją całą a przez myśl przeszło, że taka okazja na zemste trafia się tylko raz...