22.12.2022, 17:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.09.2023, 21:26 przez Brenna Longbottom.)
- Sześćdziesiąt – powtórzyła Brenna do Nory, głośno i wyraźnie, nie pozostawiając żadnego pola do nadinterpretacji. Tak, chciała kupić sześćdziesiąt pączków. Tak, była absolutnie pewna swojej decyzji. Tak, miała doskonały plan, co z nimi zrobić, nie było mowy, aby się zmarnowały. W końcu Brenna nie zamierzała ich wyrzucić. (Ani nawet zjeść sama, nie oszalała jeszcze do tego stopnia.) – Najlepiej w trzech różnych smakach. Marmolada, budyń i czekolada będą najlepsze. Zapewniam, że znikną wszystkie, co do ostatniego okruszka. O co ty mnie w ogóle podejrzewasz? Chyba nie o to, że kupiłabym pączki, żeby je... wyrzucić? Przecież to byłoby skrajne bluźnierstwo.
Brenna nie zamierzała oczywiście tłumaczyć, po co jej aż sześćdziesiąt pączków. Ograniczyła się tylko zagwarantowania, że zostaną zjedzone, na wypadek gdyby Nora obawiała się, że Brenna planuje je kupić, by ją wesprzeć, a potem wyrzucić. Skąd! Nigdy nie posunęłaby się do czegoś takiego. Po prostu jutro każdy Brygadzista znajdzie na swoim biurku pączka. A jeśli coś zostanie, to także aurorzy. Aurorzy w przeszłości byli Brygadzistami, więc większość z nich pewnie lubiła pączki. Ludzie w Departamencie będą dzięki temu odrobinę szczęśliwsi (Brenna nie przewidziała jeszcze, że dojdzie do targów, wymian, małych sprzeczek, a nawet jednej bójki z powodu tego, że poprosiła o trzy różne nadzienia, a zrobiła to przecież, żeby jeśli ktoś jakiegoś nie będzie lubił, mógł się zamienić...) Nora sprzeda na start sporo wypieków. A dodatkowy zysk - Brygadziści i aurorzy przekonają się, jak świetne są wypieki Nory (bo Brenna zamierzała od każdego dołączać karteczkę z informacją, skąd się brały) i już nigdy nie będą chcieli innych pączków! No dobrze, może nie aż tak, ale kobieta była pewna, że przynajmniej niektórzy z nich zapragną więcej tylko konkretnych pączków z klubokawiarni i na pewno przyjdą po nie, a paru dodatkowych klientów powinno napędzić kolejne osoby, odwiedzając klubokawiarnię i tak dalej...
Nie próbowała sprzeczać się wobec zniżki hurtowej, nie chcąc niepotrzebnie panny Figg urazić. Chociaż miała nadzieję, że osiągną jakieś zadawalające porozumienie. To znaczy takie, żeby Nora faktycznie na tych pączkach cokolwiek zarobiła, a nie do nich dopłaciła. Mogły to jednak omówić później.
Chwilowo zajęła się swoim pączkiem. Karmel. Smaczne: wprawdzie nie był na liście trzech ulubionych nadzień Brenny, ale chyba nie było takiego, które mogłoby jej nie smakować, przynajmniej póki pączek nie był usmażony na tłuszczu sprzed trzech dni, a nadzienia było tyle, co kot napłakał (czego Nora nigdy by przecież nie zrobiła), więc zjadła przysmak całkiem zadowolona.
A potem Brenna otworzyła usta, by powiedzieć, że „Nora, przeszłaś samą siebie, smakują naprawdę wybornie”. I z jej ust padło tylko „Nora” oraz „naprawdę”. Brenna zmarszczyła brwi, usiłując dojść do tego, co się dzieje… ale kiedy jej bratu nagle wyrosły uszy, a Mavelle dostały się kocie wąsy, zrozumiała, że to efekt pączka i wybuchła śmiechem. Szybka próba wygłoszenia paru słów, pozwoliła jej dojść mniej więcej do tego, jaki to figiel spłatała jej Figg.
- No, no, Nora! Niespodziewane nadzienie - oświadczyła Brenna rozbawionym tonem. Chociaż uczucie było dziwne. Nie mogła mówić tyle, ile chciała. I tak szybko, jakby sobie życzyła, bo musiała szukać słów zaczynających się na odpowiednią literę. Dlaczego to musiało być akurat N? Nagle Brennie wydawało się, że litera n jest jakaś taka trudna, że niewiele jest słów, które na n się zaczynają... Niektórzy zapłaciliby majątek, aby Brenna zjadała takie pączki regularnie. Jej bezpośredni przełożony na przykład. Uśmiechała się, chociaż miała wielką nadzieję, że efekt będzie krótkotrwały. Wyjaśnienie w Mungu, co ją spotkało, byłoby bardzo czasochłonne. To znaczy, pewnie po prostu napisałaby to wszystko na kartce, ale dla Brenny niemożliwość mówienia tyle, ile chciała, było pewną tragedią. A ona chciała powiedzieć tyle rzeczy o wystroju, pączkach i wielu innych sprawach! Na przykład o nagłej zmianie, która zaszła w wyglądzie Erika. Albo o tym, że Mavelle z tymi wąsami wygląda całkiem niexle i chyba powinna zostawić je sobie na stałe.– Niemówienie nie należy… najłatwiejszych… numerów – stwierdziła Brygadzistka i znów parsknęła śmiechem, bo oczywiście musiała pominąć „do”, a zastąpienie słowa „rzeczy” czy „działanie” czymś na n wcale nie było proste i musiała momencik chwilę się zastanowić.
Zwróciła spojrzenie na Alice, Silasa i Cecily, wyraźnie zaintrygowana, jakie to efekty nastąpią w ich przypadku. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, słysząc miauczenie zamiast słów. Nie skomentowała, bo brakowało jej słów na N, ale chyba ostatecznie jednak miauczenie byłoby gorsze niż ich poszukiwanie. Przeniosła wzrok na Norę i uniosła po prostu kciuk do góry, chcąc w ten sposób wyrazić to wszystko, czego nie mogła opisać słowami.
Brenna nie zamierzała oczywiście tłumaczyć, po co jej aż sześćdziesiąt pączków. Ograniczyła się tylko zagwarantowania, że zostaną zjedzone, na wypadek gdyby Nora obawiała się, że Brenna planuje je kupić, by ją wesprzeć, a potem wyrzucić. Skąd! Nigdy nie posunęłaby się do czegoś takiego. Po prostu jutro każdy Brygadzista znajdzie na swoim biurku pączka. A jeśli coś zostanie, to także aurorzy. Aurorzy w przeszłości byli Brygadzistami, więc większość z nich pewnie lubiła pączki. Ludzie w Departamencie będą dzięki temu odrobinę szczęśliwsi (Brenna nie przewidziała jeszcze, że dojdzie do targów, wymian, małych sprzeczek, a nawet jednej bójki z powodu tego, że poprosiła o trzy różne nadzienia, a zrobiła to przecież, żeby jeśli ktoś jakiegoś nie będzie lubił, mógł się zamienić...) Nora sprzeda na start sporo wypieków. A dodatkowy zysk - Brygadziści i aurorzy przekonają się, jak świetne są wypieki Nory (bo Brenna zamierzała od każdego dołączać karteczkę z informacją, skąd się brały) i już nigdy nie będą chcieli innych pączków! No dobrze, może nie aż tak, ale kobieta była pewna, że przynajmniej niektórzy z nich zapragną więcej tylko konkretnych pączków z klubokawiarni i na pewno przyjdą po nie, a paru dodatkowych klientów powinno napędzić kolejne osoby, odwiedzając klubokawiarnię i tak dalej...
Nie próbowała sprzeczać się wobec zniżki hurtowej, nie chcąc niepotrzebnie panny Figg urazić. Chociaż miała nadzieję, że osiągną jakieś zadawalające porozumienie. To znaczy takie, żeby Nora faktycznie na tych pączkach cokolwiek zarobiła, a nie do nich dopłaciła. Mogły to jednak omówić później.
Chwilowo zajęła się swoim pączkiem. Karmel. Smaczne: wprawdzie nie był na liście trzech ulubionych nadzień Brenny, ale chyba nie było takiego, które mogłoby jej nie smakować, przynajmniej póki pączek nie był usmażony na tłuszczu sprzed trzech dni, a nadzienia było tyle, co kot napłakał (czego Nora nigdy by przecież nie zrobiła), więc zjadła przysmak całkiem zadowolona.
A potem Brenna otworzyła usta, by powiedzieć, że „Nora, przeszłaś samą siebie, smakują naprawdę wybornie”. I z jej ust padło tylko „Nora” oraz „naprawdę”. Brenna zmarszczyła brwi, usiłując dojść do tego, co się dzieje… ale kiedy jej bratu nagle wyrosły uszy, a Mavelle dostały się kocie wąsy, zrozumiała, że to efekt pączka i wybuchła śmiechem. Szybka próba wygłoszenia paru słów, pozwoliła jej dojść mniej więcej do tego, jaki to figiel spłatała jej Figg.
- No, no, Nora! Niespodziewane nadzienie - oświadczyła Brenna rozbawionym tonem. Chociaż uczucie było dziwne. Nie mogła mówić tyle, ile chciała. I tak szybko, jakby sobie życzyła, bo musiała szukać słów zaczynających się na odpowiednią literę. Dlaczego to musiało być akurat N? Nagle Brennie wydawało się, że litera n jest jakaś taka trudna, że niewiele jest słów, które na n się zaczynają... Niektórzy zapłaciliby majątek, aby Brenna zjadała takie pączki regularnie. Jej bezpośredni przełożony na przykład. Uśmiechała się, chociaż miała wielką nadzieję, że efekt będzie krótkotrwały. Wyjaśnienie w Mungu, co ją spotkało, byłoby bardzo czasochłonne. To znaczy, pewnie po prostu napisałaby to wszystko na kartce, ale dla Brenny niemożliwość mówienia tyle, ile chciała, było pewną tragedią. A ona chciała powiedzieć tyle rzeczy o wystroju, pączkach i wielu innych sprawach! Na przykład o nagłej zmianie, która zaszła w wyglądzie Erika. Albo o tym, że Mavelle z tymi wąsami wygląda całkiem niexle i chyba powinna zostawić je sobie na stałe.– Niemówienie nie należy… najłatwiejszych… numerów – stwierdziła Brygadzistka i znów parsknęła śmiechem, bo oczywiście musiała pominąć „do”, a zastąpienie słowa „rzeczy” czy „działanie” czymś na n wcale nie było proste i musiała momencik chwilę się zastanowić.
Zwróciła spojrzenie na Alice, Silasa i Cecily, wyraźnie zaintrygowana, jakie to efekty nastąpią w ich przypadku. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, słysząc miauczenie zamiast słów. Nie skomentowała, bo brakowało jej słów na N, ale chyba ostatecznie jednak miauczenie byłoby gorsze niż ich poszukiwanie. Przeniosła wzrok na Norę i uniosła po prostu kciuk do góry, chcąc w ten sposób wyrazić to wszystko, czego nie mogła opisać słowami.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.