Problem z niedomyślaniem się intencji, jakie próbujesz przekazać, dotyczył głównie mężczyzn. Z jednej strony potrafiła być to prawdziwa zmora i niektóre osobniki wymagały przez to pisania osobnej instrukcji postępowania, z drugiej potrafiło to całkiem ułatwiać niektóre sprawy. Kierować nimi subtelnie (ha!), żeby sądzili, że to oni są panem i władcą całej sytuacji. Przecież nikomu to wtedy nie robiło krzywdy! Oni czuli się lepiej, spełniali swoje fantazje, a druga strona dostawała po prostu odrobinę więcej tego, czego chciała sama. Nie, nie było w tym niczego złego, póki rzeczywiście intencje były czyste. Znał też tych, którzy powiedzieliby, że manipulacja jest zła niezależnie od chęci. Że kłamstwo jest złe bez względu na to, co próbujesz osiągnąć. Do jakiego typu ludzi zaliczała się Geraldine? W pierwszej chwili strzelałby, że do tych, którzy gardzą takimi zachowaniami. To ta jej dzika, prosta natura. Tylko że Geraldine nie była zero-jedynkowa, nie była płaska w swojej istocie. Przypominasz sobie, że przecież miała nazwisko Yaxley, które traktowała poważnie i nagle docierało do ciebie, że ktoś żyjący wśród żmij nie może w pełni gardzić manipulacjami i niedopowiedzeniami. Inaczej by się wśród nich nie utrzymał. Więc... naciągnął cięciwę i puścił strzałę w tarczę, która mówiła o tym, że może tych zabiegów nie lubi, ale nie wzrastało to do rangi zupełnego odtrącenia. Strzała przebiła tarczę. Drgała.
- Czy mogę prosić o lekcje dosadności? - Trochę sobie żartował, bo nie miał żadnego problemu z porozstawianiem ludzi po kątach. Za to miał wielki problem z wylewaniem z siebie negatywnych emocji. Z tym, żeby czasem móc zwyczajnie KRZYKNĄĆ. Z tym, żeby więcej stawiać żądań według swoich potrzeb w prywatnych znajomościach, zamiast ciągle starać się dopasować, podpasować i wypełniać potrzebę bycia akceptowanym. To była właśnie ta część, w której to była prawda - że mógłby się od niej uczyć. Ta część, która tym mocniej budziła jego podziw wobec niej. I często ruszało niepewność - bo Geraldine nie należała do osób, które dałyby sobą pomiatać i robiła to, co uważała za słuszne. Nawet jeśli nie miała kłopotów z współpracą. - Aaach... miód na moje serce. - Uśmiechnął się szerzej na moment, bo tak w istocie było - bycie docenionym, tak całkiem szczerze, było najbardziej cennym z komplementów, czyż nie? Każdy mógł powiedzieć, że Prewett jest dobry w tym, co robi, ale nie każdy miał takie obeznanie, nie każdego zdanie cenił sobie w pewnych dziedzinach tak samo jak zdanie Yaxleyów. Wszystkich? Cóóóż... Nie. Głównie dlatego, że lwiej części rodziny nie znał, ale w jego opinii - znał tę najważniejszą część. - Drzwi moich stajni będą zawsze przed tobą otworzone, nawet jeśli nie będę miał akurat czasu zarezerwuję dla ciebie najlepszego instruktora, jakiego mam. Szkoli zawodowców. - Innymi słowy ktoś, kogo nikt tak o z wejścia by nie dostał. Ale tym były właśnie znajomości - mogłeś więcej. Tym było nazwisko. Tym były pieniądze.
- Zrobienie pierwszych paru kroków zawsze do tego przybliża. Z pewnością jest zaś krokiem większym niż mój brak kroku. - W jego głosie pobrzmiał śmiech, kiedy to mówił. Jeden zawsze większy niż zero. Cokolwiek zawsze większe niż zero. Fakt - ta puszcza była dzika, wielka, pełna tajemnic. Szczególnie magicznego świata, który potrafił naprawdę załamywać rzeczywistość. Aach... dobrze było spędzić takie chwile - spokojne, nieważkie niemal. Ale na następne jej słowa już się zaśmiał całkowicie. Tak, brutalny żart, być może w innych okolicznościach zareagowałby na niego inaczej, ale nie traktował tego poważnie - tej propozycji. To, że tego tak nie potraktował nie znaczyło, że nie był świadom, że mógł ją o to poprosić i jakoś nie sądził, żeby był to problem. Mógł też poprosić wprost, żeby złapała mu tego bydlaka i tu sprowadziła siłą. Mógł. Tymczasem śmiał się z żartu.
- Mam już białego rumaka, zleciłem wykucie miecza, brakuje mi tylko zbroi. - Pociągnął żart apropo ratowania - co prawda nie księżniczki tylko ptaka z opresji, ale sens pozostaje ten sam. Przesunął palcami po krańcu włosów. - Zapraszam damę. - Podszedł do niej, żeby pomóc jej zsiąść - poinstruował ją co i jak, po kolei, a potem jeszcze poprowadził ku stajni, żeby zdać konia stajennemu nim skierowali się do jego domu na kilka opowieści rodem z puszczy amazońskiej.