22.12.2022, 19:05 ✶
Nie wydawało się, że Longbottom zwraca uwagę na mokre ślady na podłodze. Posprząta się je. Zaprowadziła Idę do kuchni - sporego pomieszczenia, w którym gotować na raz mogły wygodnie ze trzy osoby, a stół w razie potrzeby posłużyć paru jako miejsce do jedzenia i dość mechanicznie zabrała się za nastawianie wody. Ot odruch, ktoś przyszedł, herbata albo kawy powinny znaleźć się na stole. Zwłaszcza w tak paskudny, jesienny dzień, gdy za oknami panowała słota, a chłód przenikał aż do kości. Chociaż Brenna domyślała się, że Moody na żadną kawę nie przyszła.
Czasem Brenna i cała jej rodzina faktycznie bywali naiwni w swoim postępowaniu. Czasem natomiast pod tą naiwnością niektórzy z nich - jak i ona sama - kryli przed światem pewne rzeczy i to, jak daleko byliby gotowi się posunąć, uznając to za słuszne. Ale Ida miała rację. Jeżeli wobec kogoś nie trzeba było mieć wątpliwości w tych czasach - czy albo nie sprzyja po cichu poglądom Voldemorta, albo nie przyklaśnie im nie dlatego, że je podziela, ale ze strachu, zdradzając wszystko w zamian za gwarancję bezpieczeństwa - to wobec Brenny. Która miała wręcz wypisane na czole, co myśli o tym wszystkim. W gronie jej przyjaciół nie brakowało osób półkrwi albo mugolskiego pochodzenia. W pracy zdarzało się jej złościć, gdy jakaś sprawa stawała w miejscu, bo podejrzanym był ktoś z nienaruszalnej dwudziestki ósemki. Jako młoda Brygadzistka kopała za tymi, którzy usiłowali zdyskredytować Leacha.
I jeżeli Ida kiedykolwiek próbowała sprawdzić, co kryje się w najbliższej przyszłości Brenny, na pewno nie znalazła tam żadnego spotkania ze śmierciożercami. Przynajmniej nie takiego, które byłoby planowane.
Podejrzewała, że pewnego dnia przyjdzie jej za to zapłacić. Że może kiedyś szczerze tego pożałuje, gdy klęknie przy jakimś ciele i zobaczy znajomą twarz, kiedy ból przekroczy próg, który potrafiłaby wytrzymać.
Ale dziś, teraz, tutaj, nie żałowała.
- Czytałam, słuchałam - przytaknęła, wskazując na radio i opadając na jedno z krzeseł. Niedawną panikę, strach, wciąż wijący się gdzieś na dnie jej żołądka, skryła bardzo starannie i kiedy patrzyła na Idę, zdawała się raczej spokojna. Chociaż może nie aż tak pogodna, jak zwykle. – Dużo bzdur. Tych samych, co zawsze, tylko teraz dużo, dużo bardziej niebezpiecznych – powiedziała, jak na siebie zadziwiająco wręcz lakonicznie.
Przekrzywiła głowę, gestem, który jakoś wszedł jej do pewnego stopnia w krew, odkąd została animagiem. Obserwowała Moody z uwagą wraz z każdym kolejnym słowem, bo i owszem, jasne się stawało, że nie chodziło o sprawę ministerstwa, nie chodziło o żadne prywatne kłopoty.
- „My”? – spytała spokojnie. „My” mogło równie dobrze oznaczać Idę oraz jej starszego brata, aurora, który na pewno miał większą wiedzę o czarnoksiężnikach niż Brenna… jak jeszcze coś innego.
Czasem Brenna i cała jej rodzina faktycznie bywali naiwni w swoim postępowaniu. Czasem natomiast pod tą naiwnością niektórzy z nich - jak i ona sama - kryli przed światem pewne rzeczy i to, jak daleko byliby gotowi się posunąć, uznając to za słuszne. Ale Ida miała rację. Jeżeli wobec kogoś nie trzeba było mieć wątpliwości w tych czasach - czy albo nie sprzyja po cichu poglądom Voldemorta, albo nie przyklaśnie im nie dlatego, że je podziela, ale ze strachu, zdradzając wszystko w zamian za gwarancję bezpieczeństwa - to wobec Brenny. Która miała wręcz wypisane na czole, co myśli o tym wszystkim. W gronie jej przyjaciół nie brakowało osób półkrwi albo mugolskiego pochodzenia. W pracy zdarzało się jej złościć, gdy jakaś sprawa stawała w miejscu, bo podejrzanym był ktoś z nienaruszalnej dwudziestki ósemki. Jako młoda Brygadzistka kopała za tymi, którzy usiłowali zdyskredytować Leacha.
I jeżeli Ida kiedykolwiek próbowała sprawdzić, co kryje się w najbliższej przyszłości Brenny, na pewno nie znalazła tam żadnego spotkania ze śmierciożercami. Przynajmniej nie takiego, które byłoby planowane.
Podejrzewała, że pewnego dnia przyjdzie jej za to zapłacić. Że może kiedyś szczerze tego pożałuje, gdy klęknie przy jakimś ciele i zobaczy znajomą twarz, kiedy ból przekroczy próg, który potrafiłaby wytrzymać.
Ale dziś, teraz, tutaj, nie żałowała.
- Czytałam, słuchałam - przytaknęła, wskazując na radio i opadając na jedno z krzeseł. Niedawną panikę, strach, wciąż wijący się gdzieś na dnie jej żołądka, skryła bardzo starannie i kiedy patrzyła na Idę, zdawała się raczej spokojna. Chociaż może nie aż tak pogodna, jak zwykle. – Dużo bzdur. Tych samych, co zawsze, tylko teraz dużo, dużo bardziej niebezpiecznych – powiedziała, jak na siebie zadziwiająco wręcz lakonicznie.
Przekrzywiła głowę, gestem, który jakoś wszedł jej do pewnego stopnia w krew, odkąd została animagiem. Obserwowała Moody z uwagą wraz z każdym kolejnym słowem, bo i owszem, jasne się stawało, że nie chodziło o sprawę ministerstwa, nie chodziło o żadne prywatne kłopoty.
- „My”? – spytała spokojnie. „My” mogło równie dobrze oznaczać Idę oraz jej starszego brata, aurora, który na pewno miał większą wiedzę o czarnoksiężnikach niż Brenna… jak jeszcze coś innego.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.