11.05.2024, 11:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.05.2024, 11:49 przez Brenna Longbottom.)
– Krew jednak nie woda, tak? – roześmiała się i też objęła Morpheusa, przylgnąwszy do niego, tak że przez moment szli objęci, opuszczając ruiny na skraju wrzosowisk. Skoro traktował potencjalnie przestępstwo jako przygodę, to jak nic odzywały się geny Longbottom. – Miałam pomoc i mieliśmy wiele szczęścia. A najważniejszą częścią zająłeś się ty.
Zdobył przepowiednię i nie dopuścił, aby ta zwróciła uwagę kogoś postronnego, kto potencjalnie mógłby donieść o artefakcie śmierciożercom. Może w pewnym sensie od początku miało tak być: może jednak w niektórych przypadkach istniało coś takiego jak przeznaczenie, i od samego początku Morpheus miał być tym człowiekiem, który wyniesie z podziemi broń wypełnioną ciemnością. Nie by ją użyć, a by została zniszczona.
– Za dużo gadam jak na Niewymowną – odparła żartobliwie. Czy Departament byłby groźny dla jej umysłu? Wątpiła to. W Brygadzie i Biurze widmowidze mieli w końcu zwykle krótką „datę używalności”, bo przecież w tym Departamencie musieli oglądać to, co najpaskudniejsze, szukać śmierci, pobić, dramatów, i nie odwracać wzroku. Brenna radziła sobie z tym dzięki uporowi, wrodzonej pogodzie, poczuciu sprawiedliwości i… temu, że miała wokół siebie ludzi takich jak Morpheus. Ale praca w Departamencie Tajemnic nie przyniosłaby jej raczej większych niebezpieczeństw dla ciała i umysłu niż to, czym zajmowała się do tej pory.
Tyle że po prostu tę pracę lubiła.
– Za to jeśli chodzi o Zimnych, to pomijając strój kąpielowy… mógłbyś spróbować się przynajmniej dowiedzieć, czy Departament próbuje coś z tym robić? – spytała po chwili wahania. Nie prosiła o zdradzanie wewnętrznych tajemnic, nie gdy nie chodziło o Zakon, ale raczej o dowiedzenie się, czy przynajmniej starają się odkryć, co spotkało Zimnych, jak ci mogą skończyć i jak im ewentualnie pomóc.
Czy też może badali ten fenomen, owszem, ale prace zamierzali zamknąć na wieki w zimnych salach Departamentu.
– Specjalista po Durmstrangu powiedział, że napędza ich energia Limbo. Kiedy spytałam, czy ta może się wyczerpać, stwierdził, że tak. Departament nie wydaje się jakoś działać, a to chyba nie wpłynie dobrze i na waszą opinię, jeśli „Bohaterowie Beltane” umrą z braku pomocy. A ani Mav, ani Victoria, ani Patrick nie dostali żadnych informacji. Co innego, jeśli Niewymowni nie dadzą rady znaleźć odpowiedzi, a co innego, jeśli w Komnacie Śmierci nie spróbują albo nie podzielą się nimi.
Morheus obcował głównie z przepowiedniami, a tutaj Beltane było interesujące pod innym kątem. Ktoś z pozostałych Komnat chyba jednak musiał coś wiedzieć? Zwłaszcza szef Departamentu, Gregory Bulstrode.
– Zawsze gdy się stęsknisz, może wpadać z wizytą, a twój pokój będzie czekać. Będzie nam ciebie brakować – powiedziała tylko Brenna, uśmiechając się do niego. Nie cieszyła jej wyprowadzka wuja, ale i ją rozumiała. Warownia była wielka, lokatorzy mieli własne przestrzenie, a i teraz ubyło z niej kilka osób – Derwin, Mavelle, Danielle, Lucy – niemniej Morpheus miał pełne prawo pragnąć własnego domu, który urządzi zgodnie ze swoimi życzeniami. Gdzie nie będzie musiał zastanawiać się, czy jego ojciec albo brat nie będą mieli nic przeciwko, jeśli nagle zmieni wszystkie meble w salonie. To co zupełnie nie przeszkadzało Brennie, niekoniecznie musiało odpowiadać mężczyźnie, który ukończył czterdziestkę.
Powoli ruszyli w stronę Warowni.
Zdobył przepowiednię i nie dopuścił, aby ta zwróciła uwagę kogoś postronnego, kto potencjalnie mógłby donieść o artefakcie śmierciożercom. Może w pewnym sensie od początku miało tak być: może jednak w niektórych przypadkach istniało coś takiego jak przeznaczenie, i od samego początku Morpheus miał być tym człowiekiem, który wyniesie z podziemi broń wypełnioną ciemnością. Nie by ją użyć, a by została zniszczona.
– Za dużo gadam jak na Niewymowną – odparła żartobliwie. Czy Departament byłby groźny dla jej umysłu? Wątpiła to. W Brygadzie i Biurze widmowidze mieli w końcu zwykle krótką „datę używalności”, bo przecież w tym Departamencie musieli oglądać to, co najpaskudniejsze, szukać śmierci, pobić, dramatów, i nie odwracać wzroku. Brenna radziła sobie z tym dzięki uporowi, wrodzonej pogodzie, poczuciu sprawiedliwości i… temu, że miała wokół siebie ludzi takich jak Morpheus. Ale praca w Departamencie Tajemnic nie przyniosłaby jej raczej większych niebezpieczeństw dla ciała i umysłu niż to, czym zajmowała się do tej pory.
Tyle że po prostu tę pracę lubiła.
– Za to jeśli chodzi o Zimnych, to pomijając strój kąpielowy… mógłbyś spróbować się przynajmniej dowiedzieć, czy Departament próbuje coś z tym robić? – spytała po chwili wahania. Nie prosiła o zdradzanie wewnętrznych tajemnic, nie gdy nie chodziło o Zakon, ale raczej o dowiedzenie się, czy przynajmniej starają się odkryć, co spotkało Zimnych, jak ci mogą skończyć i jak im ewentualnie pomóc.
Czy też może badali ten fenomen, owszem, ale prace zamierzali zamknąć na wieki w zimnych salach Departamentu.
– Specjalista po Durmstrangu powiedział, że napędza ich energia Limbo. Kiedy spytałam, czy ta może się wyczerpać, stwierdził, że tak. Departament nie wydaje się jakoś działać, a to chyba nie wpłynie dobrze i na waszą opinię, jeśli „Bohaterowie Beltane” umrą z braku pomocy. A ani Mav, ani Victoria, ani Patrick nie dostali żadnych informacji. Co innego, jeśli Niewymowni nie dadzą rady znaleźć odpowiedzi, a co innego, jeśli w Komnacie Śmierci nie spróbują albo nie podzielą się nimi.
Morheus obcował głównie z przepowiedniami, a tutaj Beltane było interesujące pod innym kątem. Ktoś z pozostałych Komnat chyba jednak musiał coś wiedzieć? Zwłaszcza szef Departamentu, Gregory Bulstrode.
– Zawsze gdy się stęsknisz, może wpadać z wizytą, a twój pokój będzie czekać. Będzie nam ciebie brakować – powiedziała tylko Brenna, uśmiechając się do niego. Nie cieszyła jej wyprowadzka wuja, ale i ją rozumiała. Warownia była wielka, lokatorzy mieli własne przestrzenie, a i teraz ubyło z niej kilka osób – Derwin, Mavelle, Danielle, Lucy – niemniej Morpheus miał pełne prawo pragnąć własnego domu, który urządzi zgodnie ze swoimi życzeniami. Gdzie nie będzie musiał zastanawiać się, czy jego ojciec albo brat nie będą mieli nic przeciwko, jeśli nagle zmieni wszystkie meble w salonie. To co zupełnie nie przeszkadzało Brennie, niekoniecznie musiało odpowiadać mężczyźnie, który ukończył czterdziestkę.
Powoli ruszyli w stronę Warowni.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.