11.05.2024, 13:31 ✶
Samuel postanowił umrzeć.
Minęły dwa pełne słońca, a gorycz upokorzenia nie mogła zejść mu z myśli i ciała. Chciał umrzeć. Oto bogini zjawiła się znów w jego życiu z całym swoim blaskiem i miękkością, tylko po to by wzgardzić nim publicznie, by zamknąć swoje usta i serce, by po wspólnie spędzonej nocy nawet nie obdarzyć go spojrzeniem lśniących jak gwiazdy oczu. Nic.
Cierpienie szarpało mu serce, ciasna pętla galopujących myśli zaciskała się na szyi. Próbował to wylecieć w krogulczym płaszczu, próbował znaleźć wrzosowiska by tam zatopić się w ziemię i stać się z nią jednością. Ktoś mu przeszkodził, przeskoczył więc do swoich terenów, znajomych terenów. Jako niedźwiedź zniszczył trzy ruiny, ryczał jak zarzynane prosie, a potem gdy nie miał już sił znów pojawił się ktoś, kto wtrącił w jego nienawiść do życia trzy grosze. Umknął przed pytaniami, umknął, gdy w zmęczeniu zaczął paplać rodzinne sekrety. Wzbił się w niebo i tym razem ruszył na południe, by tam znaleźć las, który zechce go otulić listowiem i zgasić dla świata.
W sumie, to powinien zignorować ten zawieszony na gałęzi kokon. Powinien polecieć trochę dalej, bo akurat ta zieleń zachęcała go i obiecywała leśnym poszumem przyjemne ukojenie w wycieńczeniu i bólu. Ale choć Samuel postanowił umrzeć, to w gruncie rzeczy był jednak altruistą. Takich świat zżerał na śniadanie, a potem wysrywał ich gdzieś w okolicy bukowiny. Przeleciał nad gałęzią wisielca i w pierwszej chwili chciał go pominąć, ale w drugiej już zaczął kluczyć nad nim, on drapieżne zwierzę, by wybrać dobre miejsce do lądowania.
W końcu zapikował w krzaki kilka metrów od ofiary i przemienił się. Był... zmęczony, pobladły, zapadnięte policzki, zaczerwienione oczy. Momentalnie w ludzkiej formie uderzyły go te wszystkie niewygodne myśli i emocje. A jeszcze przed chwilą był tylko głodny. Westchnął i odgarnął włosy, twarz mu zdobił dwudniowy ledwie zarost, wspomnienie po pięknym goleniu na potańcówkę. Na kij tam przychodził? Czemu przyjął to zaproszenie od Brenny i Morpheusa? Dlaczego teraz w ogóle chciał wesprzeć nieznajomego?
– Hop hop! Zaraz pana ściągnę! – krzyknął zachrypiałym głosem. – Cholibka, trochę wysoko, myślę... myślę, że najlepiej.... Jestem animagiem, mogę do pana sięgnąć jako niedźwiedź, tak będzie bezpiecznie, proszę mi zaufać. – szklistymi blękitnymi jak zimowe niebo oczyma kalkulował jak to zrobić by nieszczęśnika ściągnąć do ziemi. Na razie nie myślał o tym, jak to się stało, że on w ogóle tak zawisł tam. Na razie nie było na to czasu.