Lecz Ziemia nie przyjmowała takich jak On.
Nie przyjmowała do siebie cierpienia, bo była zupełnie nieczuła. Nie przyjmowała radości, bo nie nauczyła się kochać. Pochłaniała i rodziła po równo - brała i dawała bez rozgraniczeń, znając tylko jedną ustaloną przez siebie zasadę. Więc kiedy chcesz oddać jej cierpienie - rzeczywiście, nic innego ci nie pozostaje. Musisz umrzeć. Obedrzeć się z ludzkiej skóry, złożyć ją u podnóży królewskich dębów i wznosić oczy ku niebu, choć modlić się miałeś do dołu. Przejechać pazurami po podbrzuszu, wyciągnąć jelita, spleść z nich wieniec - ułożyć się. Zlec na łożu z mchu pod olchą. Obrócić się na plecy, sięgnąć łapą do serca - jeszcze bije. Nie na długo. Tak zapominasz, zupełnie jak Matka Ziemia, że cierpiałeś. Zapominasz też jednak, że kiedykolwiek byłeś szczęśliwy.
Śmierć była łaską. Natura dała nam ją, żebyśmy nie musieli cierpieć - rozumiesz to, prawda, Samuelu? Jest łaską, bo może przyjść do ciebie w chwili, którą wybierzesz, ale nie możesz odwlec jej decyzji, kiedy w końcu stanie nad tobą z kosą. Mogła być twoją przyjaciółką, a mogła być wrogiem, przed którym umykasz. Instynkt kazał uciekać. Więc powiedz - rozumiesz? Jeśli wystarczająco się zmęczysz może urwą się twoje skrzydła. Jeśli nadwyrężysz swoje ciało wystarczająco mocno, zmusisz je do kolosalnego wysiłku, może w końcu runiesz w dół. Ikar, który chciał być za blisko słońca, więc spalił się. Spoglądał za długo na najjaśniejszą z Gwiazd, za bardzo w niej rozkochany, za bardzo zamiłowany. To też rozumiesz? Wszystko było dla nas - dla ludzi - jeśli tylko potrafiliśmy sięgać po to z umiarem. Książe Kniei powinien to wiedzieć najlepiej. Tak jak powinien rozumieć, że aktywne szukanie śmierci nie leżało w naturze krogulca. Czy więc leżało w naturze Samuela McGonagalla?
Cierpienie nie było wyryte na krogulczych piórach, w jego bystrych ślepiach ani w szponach. Szum tych silnych skrzydeł ginął w szumie lasów - dzikich i poznanych przez niewielu tak dobrze jak przez Laurenta. A nawet i on nie potrafił powiedzieć, czy znał wszystkie ścieżki tego wielkiego lasu. Laurent nie miał okazji podziwiać tego lotu - nie mógł zachwycić się tym, jak Ikar upada, jak płoną jego pióra ani jak płomienie dogasają w tych żółtych ślepiach prześwietlających na wylot. Zobaczył tylko pocisk - strzałę boską, która uderza w ziemię i znika między drzewami. I to tylko chwila, moment dla nieuważnych, zmęczonych ocząt, gdy to, co było strzałą przemieniło się w młodzieńca. Chwila, której nie miał okazji podziwiać. Mężczyznę, który błękitem ścinał zieleń drzew i brąz konarów. Rozjaśniał smutny, niebieski świat kusząc wiecznym pływaniem w nieskończonej barwie, gdzie wszystko było bezpieczne, wszystko jednostajne. Zanurz się w tym błękicie a obiecuję, że zaznasz życie wieczne. Zmarzlina obejmie cię ramionami i wszystko będzie takie jak dawniej.
Wrażenie było tak silne, że Laurent przez moment zapomniał, że właściciel tych oczu się porusza, że mówi, że z obietnicy ratunku przechodzi do tego, że mógłby zostać niedźwiedziem. Czy to halucynacje? Nienaturalne ułożenie dla człowieka, jakim było wiszenie do góry nogami mogło mieć różny skutek na mózg - różny, ale w każdym wydaniu niebezpieczny. Więc może to już tylko jakieś iluzje. Lub zasnąłem - i to tylko mi się śni. Niebieskie oczy. I te brązowe włosy. Głos szepczący o tym, żeby mu zaufać. Nie, wróć, przecież nie szeptał.
- Wystarczy, że poda mi pan różdżkę... - Wymemrał, tracąc klarowność krystalicznego głosu. Wskazał jedną ręką na miejsce, gdzie w trawie leżał ten śliczny magiczny patyk.