22.12.2022, 19:29 ✶
Mackenzie przesunęła się gwałtownym ruchem, ratując dłoń przed czyimś nadepnięciem. Nieważne jednak, jak była sprawna fizycznie – a była bardzo sprawnie – wstanie w tłumie, który właśnie wpadał w panikę i napierał ze wszystkich stron, wcale nie należało do rzeczy łatwych. Ledwo zdołała dźwignąć się na kolana, a już traciła równowagę, kopnięta przez kolejną osobę. Gdzieś przez jej głowę przeszła myśl – na razie nie podszyta jeszcze strachem, jakby wszystko działo się tak szybko, że lęk nie zdążył zagnieździć się w duszy Mackenzie – że zaraz zostanie zadeptana.
A, cholera jasna, ledwo dołączyła do Srok i szeptano, że niedługo będą szukać nowych rezerwowych do reprezentacji narodowej…
Miała jednak szczęście. Ktoś najwyraźniej wyższy od niej i lepiej zbudowany, pociągnął ją w górę. Gdzieś ponad ich głowami śmignęło zaklęcie. Krzyki wwiercały się w uszy, te paniczne, te pełne złości i te układające się w imiona, gdy osoby rozdzielone przez morze ludzi usiłowały odnaleźć się w tłumie. Odruchowo uniosła wolną rękę, zawijając ją, tak by przedramieniem chronić głowę i twarz. Nie była może niziołkiem, ale właściwie każdy mężczyzna w tym tłumie ją przerastał, a upaść teraz oznaczało: dać się stratować. Adrenalina skoczyła na tę myśl.
Najwyraźniej cokolwiek się stało, doszło do tego na jego czele.
- Tak – odparła, chociaż ani nie była pewna, czy głowa faktycznie jest cała (oberwała chyba w nogę i lewą rękę, ale nie w głowę), ani czy mężczyzna w ogóle usłyszy ją w tym całym zamieszaniu. Nie próbowała się wyrywać, w takiej chwili to, że ktoś trzymał ją za obolałe, prawe ramię, było najmniejszym z problemów, jakie miała, a pomógł jej utrzymać się w pionie. Nie dosłyszała, co mówił dalej, ale pozwoliła pociągnąć się przez tłum, mniej więcej w tę samą stronę, co oni: bo wszyscy próbowali teraz osiągnąć jeden cel, wycofać się, uciec na bok. Teraz zagrożeniem nie były już nawet zaklęcia, śmigające w powietrzu, ale sami ludzie, popychający się i przewracający. Tyle dobrego, że pośród protestujących byli także czarodzieje i część z nich zdołała się aportować: Mackenzie miała wrażenie, że tylko dzięki temu jeszcze nikt ich nie stratował. Ktoś ją popchnął, ktoś walnął w rękę, tak, że ją opuściła, chwilę później dostała czyimś łokciem w nos. Ledwo zwróciła na to uwagę, dobrze zaznajomiona z tłuczkiem.
Zdołali w końcu niemalże wypaść do bocznej uliczki. Nie tylko oni wpadli na ten pomysł, niektórzy też skręcali tu, rozlewali się na boki, do zaułków, wpadając do sklepów, powoli sprawiając, że tłum nie był już aż tak zbity - choć na jego początkach ludzie wciąż tratowali się wzajemnie, gdzieś trwała walka, a tu i ówdzie na pewno mieli pozostać ranni. Mackenzie przylgnęła do muru, łapiąc oddech, dłonią ocierając krew z nosa.
- Dziękuję - wykrztusiła tylko. Powinna się aportować. Tak byłoby najrozsądniej, ale może, może powinna zostać, może będzie mogła pomóc...
A, cholera jasna, ledwo dołączyła do Srok i szeptano, że niedługo będą szukać nowych rezerwowych do reprezentacji narodowej…
Miała jednak szczęście. Ktoś najwyraźniej wyższy od niej i lepiej zbudowany, pociągnął ją w górę. Gdzieś ponad ich głowami śmignęło zaklęcie. Krzyki wwiercały się w uszy, te paniczne, te pełne złości i te układające się w imiona, gdy osoby rozdzielone przez morze ludzi usiłowały odnaleźć się w tłumie. Odruchowo uniosła wolną rękę, zawijając ją, tak by przedramieniem chronić głowę i twarz. Nie była może niziołkiem, ale właściwie każdy mężczyzna w tym tłumie ją przerastał, a upaść teraz oznaczało: dać się stratować. Adrenalina skoczyła na tę myśl.
Najwyraźniej cokolwiek się stało, doszło do tego na jego czele.
- Tak – odparła, chociaż ani nie była pewna, czy głowa faktycznie jest cała (oberwała chyba w nogę i lewą rękę, ale nie w głowę), ani czy mężczyzna w ogóle usłyszy ją w tym całym zamieszaniu. Nie próbowała się wyrywać, w takiej chwili to, że ktoś trzymał ją za obolałe, prawe ramię, było najmniejszym z problemów, jakie miała, a pomógł jej utrzymać się w pionie. Nie dosłyszała, co mówił dalej, ale pozwoliła pociągnąć się przez tłum, mniej więcej w tę samą stronę, co oni: bo wszyscy próbowali teraz osiągnąć jeden cel, wycofać się, uciec na bok. Teraz zagrożeniem nie były już nawet zaklęcia, śmigające w powietrzu, ale sami ludzie, popychający się i przewracający. Tyle dobrego, że pośród protestujących byli także czarodzieje i część z nich zdołała się aportować: Mackenzie miała wrażenie, że tylko dzięki temu jeszcze nikt ich nie stratował. Ktoś ją popchnął, ktoś walnął w rękę, tak, że ją opuściła, chwilę później dostała czyimś łokciem w nos. Ledwo zwróciła na to uwagę, dobrze zaznajomiona z tłuczkiem.
Zdołali w końcu niemalże wypaść do bocznej uliczki. Nie tylko oni wpadli na ten pomysł, niektórzy też skręcali tu, rozlewali się na boki, do zaułków, wpadając do sklepów, powoli sprawiając, że tłum nie był już aż tak zbity - choć na jego początkach ludzie wciąż tratowali się wzajemnie, gdzieś trwała walka, a tu i ówdzie na pewno mieli pozostać ranni. Mackenzie przylgnęła do muru, łapiąc oddech, dłonią ocierając krew z nosa.
- Dziękuję - wykrztusiła tylko. Powinna się aportować. Tak byłoby najrozsądniej, ale może, może powinna zostać, może będzie mogła pomóc...