22.12.2022, 20:02 ✶
- Potrafisz przełykać i przeżuwać? – upewniła się Brenna, takim tonem, jakby na poważnie chciała wiedzieć, czy Ida posiada te arcyważne umiejętności. – Jeżeli tak, to myślę, że świetnie się odnajdziesz, bo to są podstawowe wymagania. A, przydaje się jeszcze silna wola, taka, która pozwala ograniczyć się tylko do jednego ciasteczka, nie dziesięciu, ale nie jest obowiązkowa. Gdyby była, nie wpuszczono by mnie za próg.
Chociaż Zeneidzie pewnie powstrzymanie się pod tym względem miało przyjść dużo łatwiej niż samej Brennie. Moody była tą, którą widywało się z kubkiem kawy w jednym ręku, i z papierosem w drugiej. Longbottom za to dość wrzucała sobie do ust kawałki czekolady, w szufladzie biurka trzymała lizaki na „smutny dzień” dla siebie i współpracowników, a w kubku na jej biurku częściej gościła herbata.
- Cokolwiek się stanie, to nie twoja wina, Ida – powiedziała, tym razem już naprawdę poważnie. To nie tak, że zupełnie nie rozumiała. Zdarzało się, że bardzo, bardzo chciała zobaczyć konkretny obraz. Jak wtedy, gdy Patrick zabrał ją do domu Hillów i okazało się, że dziecko prawdopodobnie żyje. Że tylko, że aż je porwano, bo taką scenę zobaczyła w kręgu.
Kiedy kolejne widma nie przychodziły, gdy tajemnicze koperty strzegły swoich sekretów, Brenna była bliska szaleństwa. I wściekła nie tylko na porywaczy, ale też na siebie, że zobaczyła za mało.
- Jasne. Daj znać, gdyby przypadkiem przyszłość postanowiła być bardziej… konkretna – odparła Brenna, wsuwając do ust ostatni kęs sałatki. Idąc w ślady Idy Brygadzistka oczyściła także swój kubek, po czym dźwignęła się z miejsca. Moody dość jasno dała znać, że chce skończyć rozmowę, a Brenna po pierwsze nie zamierzała nalegać, po drugie: na nie obie czekała cała masa obowiązków, obejmująca prawdopodobnie przynajmniej jedną stertę papierów. Te jakimś cudem nigdy się nie kończyły. (Brenna miała nawet teorię, dotyczącą ich tajemniczego mnożenia się na skutek czarnej magii.)
Po chwili obie opuściły pomieszczenie, wypełnione zapachem kawy.
Chociaż Zeneidzie pewnie powstrzymanie się pod tym względem miało przyjść dużo łatwiej niż samej Brennie. Moody była tą, którą widywało się z kubkiem kawy w jednym ręku, i z papierosem w drugiej. Longbottom za to dość wrzucała sobie do ust kawałki czekolady, w szufladzie biurka trzymała lizaki na „smutny dzień” dla siebie i współpracowników, a w kubku na jej biurku częściej gościła herbata.
- Cokolwiek się stanie, to nie twoja wina, Ida – powiedziała, tym razem już naprawdę poważnie. To nie tak, że zupełnie nie rozumiała. Zdarzało się, że bardzo, bardzo chciała zobaczyć konkretny obraz. Jak wtedy, gdy Patrick zabrał ją do domu Hillów i okazało się, że dziecko prawdopodobnie żyje. Że tylko, że aż je porwano, bo taką scenę zobaczyła w kręgu.
Kiedy kolejne widma nie przychodziły, gdy tajemnicze koperty strzegły swoich sekretów, Brenna była bliska szaleństwa. I wściekła nie tylko na porywaczy, ale też na siebie, że zobaczyła za mało.
- Jasne. Daj znać, gdyby przypadkiem przyszłość postanowiła być bardziej… konkretna – odparła Brenna, wsuwając do ust ostatni kęs sałatki. Idąc w ślady Idy Brygadzistka oczyściła także swój kubek, po czym dźwignęła się z miejsca. Moody dość jasno dała znać, że chce skończyć rozmowę, a Brenna po pierwsze nie zamierzała nalegać, po drugie: na nie obie czekała cała masa obowiązków, obejmująca prawdopodobnie przynajmniej jedną stertę papierów. Te jakimś cudem nigdy się nie kończyły. (Brenna miała nawet teorię, dotyczącą ich tajemniczego mnożenia się na skutek czarnej magii.)
Po chwili obie opuściły pomieszczenie, wypełnione zapachem kawy.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.