22.12.2022, 21:09 ✶
Patrick pokręcił głową, teraz już nie patrząc na Florence. Wbił wzrok w chodnik, w skrzące się na nim i wciąż spadające z nieba płatki śniegu. Jak miał wyjaśnić, że Clare najwyraźniej zabiła się krótko po tym, jak z nią zerwał? Nie wierzył w wypadek. Nie był w stanie uwierzyć w to, że zmarła przypadkiem. Nie, kiedy między ich ostatnią rozmową a tym przypadkiem minęło zaledwie kilka dni. Jeśliby to naprawdę był przypadek, byłoby to wyjątkowo podłe zrządzenie losu, ale los nie bywał aż tak podły.
- Powiedziałem jej, że już wystarczy, że czas dorosnąć, że najwyraźniej nie było nam pisane – wyrzucił z siebie cicho. Musiał to komuś powiedzieć. Komuś takiemu jak Florence, kto potrafił zrozumieć albo przynajmniej udać zrozumienie, albo chociaż nie potępić. Tamtego dnia, gdy odchodził, wydawało mu się, że zostawił przy Clare swoje serce. Czuł się pusty, ale wiedział, że postąpił właściwie. To nie była pokrzepiająca świadomość, ale zgadzająca się z tym, w jakie wartości sam wierzył. Ona wyszła za mąż. Miała męża. Spełniła obowiązek wobec rodziny i stworzyła nową rodzinę. A w oczach Patricka rodzina zawsze była najważniejsza.
Skrzywił się, gdy Florence uzdrawiała jego twarz. Oczy błyszczały mu tym charakterystycznym błyskiem, zawieszonym między chęcią płaczu a brakiem sił na szloch. Ręce miał lodowato zimne, jakby wbrew temu jak się zachowywał, udowadniające, że mróz działał na niego dokładnie tak samo, jak na każdego innego człowieka.
- Ja… - zaczął i urwał, nie bardzo wiedząc, jak właściwie powinien powiedzieć o wszystkim, co kłębiło się w jego środku. Myślami znowu był obok Clare, obok tego, że tak szalenie tęsknił za nią i jednocześnie był na nią tak bardzo zły. O zmarłych nie mówiło się źle, ale jakaś część Patricka, nie mogła jej darować tej samobójczej śmierci. Wiedział, że był w tym niesprawiedliwy, drażniła go własna niesprawiedliwość, ale nie mógł. Czuł się przez nią jednocześnie winny i skrzywdzony, jakby Clare celowo zrobiła z niego i ofiarę, i kata. – To nie miało się tak skończyć – zakończył koślawo.
Dość niezgrabnie, nazbyt szybko i jeszcze bardziej nazbyt gwałtownie – wiedziony raczej bólem i alkoholem niż czymkolwiek innym, wtulił się we Florence. Ukrył twarz w połach jej płaszcza. Jego mokre, zaśnieżone włosy dotykały brody czarownicy. Słyszała tylko pociągnięcia nosem.
- Powiedziałem jej, że już wystarczy, że czas dorosnąć, że najwyraźniej nie było nam pisane – wyrzucił z siebie cicho. Musiał to komuś powiedzieć. Komuś takiemu jak Florence, kto potrafił zrozumieć albo przynajmniej udać zrozumienie, albo chociaż nie potępić. Tamtego dnia, gdy odchodził, wydawało mu się, że zostawił przy Clare swoje serce. Czuł się pusty, ale wiedział, że postąpił właściwie. To nie była pokrzepiająca świadomość, ale zgadzająca się z tym, w jakie wartości sam wierzył. Ona wyszła za mąż. Miała męża. Spełniła obowiązek wobec rodziny i stworzyła nową rodzinę. A w oczach Patricka rodzina zawsze była najważniejsza.
Skrzywił się, gdy Florence uzdrawiała jego twarz. Oczy błyszczały mu tym charakterystycznym błyskiem, zawieszonym między chęcią płaczu a brakiem sił na szloch. Ręce miał lodowato zimne, jakby wbrew temu jak się zachowywał, udowadniające, że mróz działał na niego dokładnie tak samo, jak na każdego innego człowieka.
- Ja… - zaczął i urwał, nie bardzo wiedząc, jak właściwie powinien powiedzieć o wszystkim, co kłębiło się w jego środku. Myślami znowu był obok Clare, obok tego, że tak szalenie tęsknił za nią i jednocześnie był na nią tak bardzo zły. O zmarłych nie mówiło się źle, ale jakaś część Patricka, nie mogła jej darować tej samobójczej śmierci. Wiedział, że był w tym niesprawiedliwy, drażniła go własna niesprawiedliwość, ale nie mógł. Czuł się przez nią jednocześnie winny i skrzywdzony, jakby Clare celowo zrobiła z niego i ofiarę, i kata. – To nie miało się tak skończyć – zakończył koślawo.
Dość niezgrabnie, nazbyt szybko i jeszcze bardziej nazbyt gwałtownie – wiedziony raczej bólem i alkoholem niż czymkolwiek innym, wtulił się we Florence. Ukrył twarz w połach jej płaszcza. Jego mokre, zaśnieżone włosy dotykały brody czarownicy. Słyszała tylko pociągnięcia nosem.