12.05.2024, 22:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.02.2026, 21:42 przez Alexander Mulciber.)
Post realizujący prompt z eventu miesiąc miłości
Mulciber pozostawił w Anglii żonę, ale pisywał do niej listy. Na wszelki wypadek pisał lewą ręką i po romsku. Na wszelki wypadek ich też nie wysyłał. Jaki miałoby to zresztą sens? Nie wiedziała, dokąd wyjechał. Nie wiedziała, na jak długo. Nie wiedziała, po co. Wszystkie listy brzmiałyby tak samo: tym razem, zamiast zwyczajowych, kłamliwych wariacji "kocham cię" - ułożonych w wymęczone, eleganckie słówka, których tak lubiła używać sama Loretta - dostałaby znużone: "nie wiem, co chcesz, żebym ci powiedział".
Wiedział, ale nie miał teraz siły kłamać.
Alexander uważał zresztą, że jego milczenie było jedynym dowodem na to, że wciąż ją, na swój patologiczny sposób, kochał. Mógł przecież napisać, z dramatycznie samobójczym sznytem: "zostaw mnie w spokoju", ale czy to miało, kurwa, jakiś sens? Nie wiedział, jak udało mu się sklecić odpowiedź na mściwy wygłup Roberta - i przyjacielskie drwiny Eden, która, jak zawsze, zaskakiwała go swoją troską, bo nieważne, że pisała ironicznie, dziwiło go, że dalej w ogóle pisała - ale nawet cwaniacki podjazd kuzyna, związany z tą zasraną fundacją wspomagającą ofiary Juliusa Mulcibera, był mniej wyczerpujący od konieczności myślenia o problemach małżeńskich.
Loretta nie znała przecież znaczenia kart, które wypadały z talii tarota. Z Lorettą nie mógł podzielić się wizjami, które ostatnimi czasy nawiedzały go dzień w dzień, w nadziei na odnalezienie sensu pośród paranoicznych premonicji. Loretta nie rozumiała jego gniewu wobec Donalda, ani strachu, jaki kiełkował w nim na widok brata. Loretta... Cóż, była Lorettą. Kochał ją najbardziej, kiedy doskonale znieczulony leżał obok; kiedy jego zaćpane trzecie oko mogło zezować na jej biust, zamiast patrzeć w przyszłość; kiedy dawała mu to, czego chciał, bo wyszeptał jej do ucha, tym swoim przepitym tonem: "jestem twoim przeznaczeniem", doskonale wiedząc, ze takie słowa nigdy nie przeszłyby płazem u Ambrosii u nikogo innego u Ambrosii; ta niechybnie wybuchłaby śmiechem, gdyby zaserwował jej tekst na podryw, jakiego używali tylko nastoletni chłopcy i bardzo zdesperowani wróżbici.
Loretta gówno wiedziała o życiu Alexa, i to było najlepsze, co mogło ją spotkać w ich relacji.
Niewiele było treści w półprawdach, które zwykle jej tak chętnie serwował... Prawda była bowiem okrutna: nie miał Lorettcie niczego do powiedzenia. Czasem myślał jednak, że to wciąż mniej okrutne od sposobu, w jaki traktował Ambrosię - tego, jak desperacko chciał ochronić kobietę przed samym sobą, a jednak - zamiast dać jej spokój, wciągał ją nieustannie na nowo w swój spierdolony świat. Po co mówił jej o swoich przepowiedniach, o Śmierciożercach, o wszystkich wielkich planach na przyszłość. Dlaczego wygadał się o przeklętym Donaldzie, choć tak długo udało mu się zachować to w tajemnicy przed wszystkimi? Byłaś bardzo pięknym snem, Rosie, ale musisz odejść, chciał jej powiedzieć, gdy roił sobie, że była wyłącznie wytworem jego wyobraźni. Nie mam już w tym głupim łbie miejsca na piękne rzeczy, rozumiesz?
Zbyt długo prowadził podwójne życie - dobry, stary Alex dla Rosie i przyjaciół, ten zły, zepsuty dla Loretty i reszty świata - tylko, kurwa, w pewnym momencie nie potrafił już postawić granicy między dwiema częściami swojej osobowości. Kiedyś tak łatwo przychodziło mu oddzielać swoje chwalebne uczynki od niegodziwości - wiódł uporządkowany żywot człowieka, który dźwigał wiele grzechów na sumieniu, miał jednak wystarczająco silne barki, by znosić ich ciężar bez narzekań - teraz jednak, przestał odróżniać dobro od zła. Jak mógł odróżniać jedno od drugiego, skoro w niedoszłym bratobójstwie nie widział znamion zbrodni, tylko akt czystej szlachetności, zasługujący na pochwałę? Jak - skoro myślał, że wycofując się, robi Rosie przysługę, a ona rzuciła mu w twarz krótkim: kiedy jesteśmy osobno, krzywdzimy samych siebie, żeby cokolwiek poczuć?
Po śmierci ojca przewartościował wszystko, twardo postanowił, że musi odejść. To było właściwe. Nawet przypieczętował to małżeństwem z Lorettą, bo inaczej zawsze myślałby o powrocie do Ambrosii. Wiedział, że i tak zawsze będzie o tym myślał - o tym, "co by było gdyby" - ale nie chciał, by ona dalej robiła sobie nadzieje. Próbował zwrócić jej Arcykapłankę, zatuszować obojętnością rozpacz, jakie poczuł, kiedy z talii wypadł mu As kielichów, niczym serce, które Ambrosia nosiła przy nim ciągle jak na dłoni. Co więc powinien zrobić? Odejść bez słowa? To wydawało mu się jeszcze gorszą opcją, o ile taka istniała.
A może byłoby lepiej, pomyślał, w tym samym momencie, w którym Ambrosia wypowiedziała te słowa na głos.
Zamarł.
Nie tego spodziewał się, kiedy rzucił w przestrzeń pytaniem, jak wyglądałoby ich życie, gdyby jednak zdecydowali się być razem - byłoby lepsze, upiorne echo powtórzyło w jego głowie to, co przed chwilą powiedziała Ambrosia, z niezachwianą pewnością siebie i śmiertelną powagą w głosie - nie, inaczej: spodziewał się właśnie tego; ta świadomość w żaden sposób nie przygotowała go jednak na wściekły ból jaki poczuł, kiedy dotarł do niego sens wyznania kobiety. Nie potrafił wydusić z siebie ani jednego słowa. Nie potrafił zlokalizować źródła piorunującej boleści, dopóki nie zdał sobie sprawy, że wszystko to dzieje się tylko w jego głowie. Czuł się taki beznadziejnie bezsilny. Był wściekły, że nie trafiają do niej żadne rozsądne argumenty; wściekły, że odrzuca swoje życie, jak gdyby on nie był gotów oddać za nią swojego; wściekły, bo ktoś ją skrzywdził, że musiała znosić takie poniżenie w ciszy, samotnie, a on temu nie zapobiegł; wściekły, że... Kurwa, Mulciber był wściekły na cały świat.
Może wcale nie był wściekły. Może czuł coś innego, tylko nie potrafił tego nazwać. Nie miał czasu, by się nad tym zastanawiać. Nie myślał teraz o sobie. Od kiedy przyjechał do Francji myślał tylko o sobie, uświadomił sobie. O sprawach w Anglii, które musi zamknąć, by móc wrócić kiedyś tutaj - nad to samo jezioro - i zamieszkać na zawsze na jego zielonym dnie.
Teraz myślał jednak o Rosie.
Alexander Mulciber był słabym kłamcą, i nie potrafił już dłużej oszukiwać samego siebie; nie, kiedy każdej nocy od przyjazdu do Francji wyczekiwał snów, w których ta mogłaby go nawiedzać - jak szybko zdążył zapomnieć, że półprzytomny bełkotał o tym, że chciałby, aby nawiedzała go wiecznie, choćby i w Limbo! - plątał się w swoich oszustwach, wybiegach, półprawdach, tylko po to, by koniec końców przyznać, że porzucić ją, to nie jest takie proste.
- Wiem, że czekałaś. Ja też czekałem. Na moment, kiedy wytrzeźwieję. Kiedy będę mógł w ogóle pokazać ci się na oczy. Kiedy będę mógł stanąć pod twoimi drzwiami. - Rosie zasługiwała na prawdę, niestety, prawda była okrutna. - Nie powinnaś była wpuszczać mnie za próg - powiedział, spokojnie, ale i z pewnym zażenowaniem w głosie, bo chciał by zrozumiała raz na zawsze: To moja wina, że cię zwodziłem.
Nie dbał już o to, że bredzi, że słowa wychodzą z jego ust pokawałkowane jak ciała mugoli, nie zapominaj, co jeszcze przed nią zataiłeś i ordynarne, że znowu patrzy na nią z tym niezdrowym błyskiem w oczach. Zachowujesz się tak, jakbym przez ostatnie siedem lat w ogóle o tym wszystkim nie wiedziała, cedziła Rosie, tym samym, monotonnym głosem, którego sam tak często używał, odwracając na chwilę wzrok, jak gdyby nie potrafiła wytrzymać rozsadzającej jej złości, tak jak i on zwykł robić, plując mu w twarz słowami, których sam przed chwilą użył.
- Wiedziałaś... Ukochana - wyszeptał, jego głos cieplejszy od francuskiego słońca. - Wiedzieć nie znaczy rozumieć. Nie wiesz o wszystkim. Tylko tyle mogłem zrobić. Starałem się dać ci tego "siebie", którego znasz. А resztę... - uśmiechnął się blado. - Resztę zostawiałem za tymi drzwiami.
Próbował.
Żadne z nich nie potrafiło odejść ani odpuścić, uświadomił sobie Alex, mierząc się wzrokiem z Rosie: oboje byli pełni determinacji i uporu. Nieważne, że na siebie warczeli, obrzucając się na przemian to desperackimi groźbami i prośbami, skoro siedzieli objęci niczym kochankowie.
- Nie było ci ze mną dobrze? - Jakże żałośnie brzmiały te głupie pytania, które wcześniej zdarzyło mu się rzucić ze śmiechem, z aroganckim błyskiem w oku - którego nie mogła widzieć, bo nos miał zaplątany w jej włosy - tylko po to, by ją zawstydzić, by usłyszeć uśmiech i w jej głosie, może jęk zażenowania, czy naprawdę musisz o to pytać, może równie przekorną odpowiedź, może tylko rozmarzone westchnienie, a może ciche wyznanie miłości, po którym to on, z kolei, nie był w stanie dobyć głosu; jakże pogardzał tym bełkotliwym, drżącym głosem, który wydobywał się teraz z jego zaciśniętej krtani. - Nie byłaś wtedy szczęśliwa? - Tu nigdy nie chodziło o Alexa, nieważne jak bardzo Rosie chciała przekonać go, że zasługuje na jej uczucie. Tu nie chodzi o mnie, chciał powiedzieć, tylko o ciebie. Zasługujesz na coś lepszego.
Kiedy ona wyrzucała z siebie pretensje, on miał dla niej bowiem tylko czułość. Czułość, tak rzadko słyszalna w głosie Mulcibera, gościła teraz także w jego spojrzeniu, i w sposobie, w jakim dotykał drżącą z wściekłości kobietę w swoich ramionach: z uwagą, delikatnie - jak wtedy, kiedy myślał, że jest sennym marzeniem, które może się rozpłynąć w niebycie - w niemym skupieniu, z łagodnością, jakby chciał wymazać wspomnienia brutalnej napaści, której namacalne dowody zdobiły wciąż jej szyję jak jakaś odstręczająca kolia.
Poczuł ukłucie wstydu, kiedy pomyślał, że ten jeden raz, chciałby, by była bardziej podobna do Loretty. By ten jeden raz przyjęła jego słowa bezkrytycznie, słodko nieświadoma - by nie broniła uparcie swojej racji, tylko ulegle przytaknęła, i pozwoliła mu załatwić to tak, jak wydawało mu się, że byłoby lepiej dla niej, dla nich obojga - by posłuchała go, kiedy ostrzegał ją przed samym sobą, by dała mu się zmanipulować, kiedy mówił o niej per jak o rzeczy... Bo tak byłoby łatwiej. Jeżeli nie teraz, to później. Być może dlatego właśnie kochał Lorettę. A może raczej ideę Loretty, tak jak niegdyś ideę Ambrosii. Bo była bardziej kobieca. Bo przy niej sam mógł wejść w rolę mężczyzny, który jest być silny, przewidujący i opiekuńczy. Bo z czasem ta rola stała mu się niepodważalnym dogmatem. Alexander mógł widzieć siebie jako jasnowidza, jako wróżbitę, jako strażnika przyszłości, Loretta, a przed nią Ambrosia, miała być jej beneficjentką – nawet wtedy, gdy nigdy nie wyraziła zgody na taki podział ról. Miłość Alexandra Mulcibera zawsze więc była miłością warunkową: oferowała bezpieczeństwo tylko pod warunkiem bezwzględnego podporządkowania się jego wizji. Być może to był głęboko zakorzeniony paternalizm, który Alexander mylił z miłością. Miłością opartą na znieczuleniu, na wygodnym milczeniu, które pozwalało mu nie konfrontować się z własnym rozkładem. W tym sensie małżeństwo z Lorettą nie było aktem miłości, lecz desperacką próbą domknięcia narracji. Przypieczętowaniem odejścia od Ambrosii w sposób na tyle radykalny, by nie pozostawić miejsca na powrót. Paradoks polega na tym, że właśnie ta próba ostateczności dowiodła jego klęski. Bo przecież Alexander nigdy nie przestał wracać. Bo chociażby wracał tylko myślą, wracał.
Kiedy jesteśmy osobno, krzywdzimy samych siebie, żeby cokolwiek poczuć, dźwięczało mu w głowie.
Niestety, musiał przyznać jej rację.
Nie podejmował w życiu dobrych decyzji. Nie chodziło tylko o Donalda - ile to razy, już wcześniej, patrzyl w lustro, i nie poznawał zmarnowanego mężczyzny, którego odbicie łypało na niego ponuro z tafli? Chodziło o narkotyki, o inne kobiety, o zmarnowane lata, o kłótnie z rodziną, o brak ambicji, o, kurwa, wszystko. Chciałam pomóc, mówiła Rosie, a jemu gardło ściskało się że wstydu i wzruszenia. Chciałam, żebyś znalazł w sobie chociaż trochę siły, żeby zastanowić się nad tym co teraz. Nie potrafił znieść świadomości, że ją zawiódł. Że to ona musiała wyciągać do niego pomocną dłoń, kiedy to on powinien był ją ochronić.
To nie jest coś, co można naprawić pięściami. Potrząsnął gniewnie głową, zapamiętale, jakby otrząsał się po ciosie, choć nie było w nim agresji: to był bardziej żałosny odruch, próba powstrzymania cisnącego się na usta przekleństwa, wyraz jakiejś dziwnej bezsilności, jakby samo słuchanie słów kobiety napawało go dziką rozpaczą. Chciałbym czasem móc skopać dupę tym duchom, Rosie, powiedział jej kiedyś, kiedy powiedziała mu o kolejnej wizji z Limbo, równie zapamiętały w swojej złości - równie bezsilny, co teraz - ale kiedy Alexander patrzył na blady uśmiech kobiety, wiedział, że ktokolwiek skrzywdził jego Rosie przed przyjazdem do Francji, nie był duchem.
W tym jednym nie musiał przyznawać jej racji.
Bo życiu Alexandra Mulcibera wszystko dało się rozwiązać pięściami. Nie postrzegał przemocy jako zła samego w sobie, lecz jako narzędzie porządkowania świata. Językiem przemocy należało przemówić, gdy inne zawiodły, bo wspólny był przecież wszystkim istotom żywym. To właśnie było sednem etosu Alexandra. Przemoc pozwalala mu odzyskać poczucie sprawczości tam, gdzie emocje i relacje odsłaniały jego bezsilność. Chcąc ocalić Ambrosię, oddalał ją od siebie, a potem natychmiast ten dystans unieważniał, bo nie był w stanie żyć bez niej. Nigdy więcej, przysiągł sobie, poddając się jej pieszczotom. Tak długo, jak będzie żył, nie pozwoli, żeby ktokolwiek więcej ją skrzywdził. Nawet on sam.
- Jestem twój - wydusił z siebie tylko, zamykając kobietę w objęciach. Nie wiedział, czemu w jego uszach brzmiało to bardziej jak wyrok niż wyznanie.
Wtedy, kiedy wysłał jej Głupca - dla ciebie prosty, dla mnie odwrócony - nie powinien polegać na tym, co niewypowiedziane: dla ciebie nowy początek, dla mnie stare szaleństwo. Powinien odpowiedzieć na dręczące ją od lat pytanie. Powinien napisać: nie widzę dla nas przyszłości.
Jaka szkoda, że nie umiał kłamać.
Kiedy unikał odpowiedzi na pytanie Ambrosii, na jej wieczne, "co widzisz w naszej przyszłości?", nie czynił tego kierowany kokieterią. Nie milczał z potrzeby tajemniczości, lecz z powodu głęboko zakorzenionego przekonania, że wypowiedzenie wizji czyni ją realną, a tym samym odbiera mu możliwość manewru. Przyszłość musiała pozostać niedopowiedzianą, bo tylko wówczas Alexander mógł zachować iluzję sprawczości. W momencie, w którym by ją nazwał, stałaby się realna. A to, co realne, zawsze było niedoskonałe. Obarczone piętnem fatalizmu, narażone na zniszczenie, opatrzone terminem przydatności. "O synu Laertesa, Odyseuszu", śpiewał Homer, a jego żałobna pieśń w zawodzącym starogreckim wznosiła się jękliwie ku niebu, ni to w utyskiwaniu, ni to na przebłaganie okrutnych bóstw, zsyłających na śmiertelnych żal i zgryzotę, "czemu świat rzuciłeś i słońcu uciekłeś jasnemu, aby widzieć umarłych i grozy siedlisko?"
Być może widział już tylko to.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat