22.12.2022, 21:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.12.2022, 21:53 przez Florence Bulstrode.)
- Nie mogłeś postąpić inaczej – powiedziała Florence cicho. Ściskała jego dłoń jedną ręką, nie zwracając uwagi na to, że plami rękawiczkę krwią, a drugą stuknęła w nią różdżką i zranienia zaleczyły się, znikły, jakby nigdy ich nie było. – Nie byłbyś wtedy Patrickiem. A ona powinna to wiedzieć.
Patrick Steward, którego znała, nie mógłby być „tym drugim”. Nie na dłuższą metę. Nie mógłby kłamać, oszukiwać, szukać kradzionych chwil i żyć w poczuciu winy wobec prawowitego męża. I jeżeli musiał to mówić Kordelii, to ta chyba znała go za słabo, i to rozniecało trochę gniewu w sercu Florence, bo wymaganie tego od niego było niesprawiedliwie, a było też wymaganiem rezygnacji z rzeczy, których Steward zawsze pragnął: związku, rodziny, szczęścia.
Florence znała Kordelię Avery, znaną czasem jako „Clare”. Były w jednym Domu, na tym samym roku, ciężko byłoby się nie znać. Do pewnego stopnia nawet ją lubiła. Chyba wszyscy ją lubili. A jednocześnie Florence zawsze uważała, że to, co do Avery przyciągało ludzi, co pewnie sprawiło, że ostatecznie to Kordelię mianowano prefektką, je dzieliło i uniemożliwiało prawdziwą przyjaźń. Avery oferowała radość, urok, śmiech i pasję, tam gdzie od Florence biły spokój, upór i obowiązkowość.
Ale może chodziło też trochę o to.
O charakter Kordelii, który ostatecznie doprowadził ją do powiedzenia „tak” Martinowi Crouchowi, nawet jeżeli tego nie chciała i nie zamierzała po prostu potem iść tą obraną drogą.
Gdy Patrick objął ją nagle, Florence po prostu otoczyła go ramieniem, różdżkę opuszczając luźno wzdłuż jego pleców, przygarniając do siebie Stewarda, pozwalając, aby został tak przez chwilę. Milczała długo, nie potrafiąc znaleźć właściwych słów i tylko tym uściskiem próbowała okazać wsparcie i przy okazji ogrzać przemarzniętego przyjaciela. To nie miało się tak skończyć. Żałowała w tej chwili – jak cholernie żałowała – że nie zdołała tego przewidzieć. Że gdy ostatni raz widziała Clare, nie spróbowała spojrzeć w jej przyszłość. Że żaden sen, żaden omen, żadne przeczucie nie zwiastowały takiego… końca. Bo w pewnym sensie był to koniec, jeżeli nie dla Patricka, to dla Clare, dla nich obojga razem…
…a przynajmniej w tej chwili tak się wydawało. Nim zapłonęły ogniska sabatu, nim duch powrócił spoza zasłony.
– Na twoim miejscu zrobiłabym to samo – powiedziała, patrząc ponad jego głową gdzieś w ciemność. Płatki śniegu opadały jej na włosy, topniały na nosie, na policzkach. Jej też chciało się teraz płakać, nad Avery, nad Patrickiem, nad życiem, którego nie mieli, ale zacisnęła na moment powieki i powstrzymała te łzy, jak robiła wiele razy wcześniej. Może w takich chwilach powinna pozwolić im popłynąć, może komuś byłoby łatwiej, wiedząc, że dzieli jego smutek, ale Florence nie chciała, nie umiała dać sobie prawa do takiej słabości. Od zawsze próbowała być tą ostoją spokoju, kamieniem, na którym można się oprzeć, dla młodszych braci, dla kuzynostwa, dla pacjentów i ich rodzin, i tak samo zachowywała się i tym razem. - Pamiętaj, że nie zostałeś sam, Patrick.
Patrick Steward, którego znała, nie mógłby być „tym drugim”. Nie na dłuższą metę. Nie mógłby kłamać, oszukiwać, szukać kradzionych chwil i żyć w poczuciu winy wobec prawowitego męża. I jeżeli musiał to mówić Kordelii, to ta chyba znała go za słabo, i to rozniecało trochę gniewu w sercu Florence, bo wymaganie tego od niego było niesprawiedliwie, a było też wymaganiem rezygnacji z rzeczy, których Steward zawsze pragnął: związku, rodziny, szczęścia.
Florence znała Kordelię Avery, znaną czasem jako „Clare”. Były w jednym Domu, na tym samym roku, ciężko byłoby się nie znać. Do pewnego stopnia nawet ją lubiła. Chyba wszyscy ją lubili. A jednocześnie Florence zawsze uważała, że to, co do Avery przyciągało ludzi, co pewnie sprawiło, że ostatecznie to Kordelię mianowano prefektką, je dzieliło i uniemożliwiało prawdziwą przyjaźń. Avery oferowała radość, urok, śmiech i pasję, tam gdzie od Florence biły spokój, upór i obowiązkowość.
Ale może chodziło też trochę o to.
O charakter Kordelii, który ostatecznie doprowadził ją do powiedzenia „tak” Martinowi Crouchowi, nawet jeżeli tego nie chciała i nie zamierzała po prostu potem iść tą obraną drogą.
Gdy Patrick objął ją nagle, Florence po prostu otoczyła go ramieniem, różdżkę opuszczając luźno wzdłuż jego pleców, przygarniając do siebie Stewarda, pozwalając, aby został tak przez chwilę. Milczała długo, nie potrafiąc znaleźć właściwych słów i tylko tym uściskiem próbowała okazać wsparcie i przy okazji ogrzać przemarzniętego przyjaciela. To nie miało się tak skończyć. Żałowała w tej chwili – jak cholernie żałowała – że nie zdołała tego przewidzieć. Że gdy ostatni raz widziała Clare, nie spróbowała spojrzeć w jej przyszłość. Że żaden sen, żaden omen, żadne przeczucie nie zwiastowały takiego… końca. Bo w pewnym sensie był to koniec, jeżeli nie dla Patricka, to dla Clare, dla nich obojga razem…
…a przynajmniej w tej chwili tak się wydawało. Nim zapłonęły ogniska sabatu, nim duch powrócił spoza zasłony.
– Na twoim miejscu zrobiłabym to samo – powiedziała, patrząc ponad jego głową gdzieś w ciemność. Płatki śniegu opadały jej na włosy, topniały na nosie, na policzkach. Jej też chciało się teraz płakać, nad Avery, nad Patrickiem, nad życiem, którego nie mieli, ale zacisnęła na moment powieki i powstrzymała te łzy, jak robiła wiele razy wcześniej. Może w takich chwilach powinna pozwolić im popłynąć, może komuś byłoby łatwiej, wiedząc, że dzieli jego smutek, ale Florence nie chciała, nie umiała dać sobie prawa do takiej słabości. Od zawsze próbowała być tą ostoją spokoju, kamieniem, na którym można się oprzeć, dla młodszych braci, dla kuzynostwa, dla pacjentów i ich rodzin, i tak samo zachowywała się i tym razem. - Pamiętaj, że nie zostałeś sam, Patrick.