Siedziała w domu. Nie miała dzisiaj nic zaplanowane, wyjątkowo, bo ostatnio w jej życiu naprawdę dużo się działo i rzadko kiedy bywała w swoim mieszkaniu. Czasem tutaj sypiała, chociaż z tym też bywało różnie, ostatnio miała tendencje do spędzania nocy z losowymi osobami. Odreagowywała w ten sposób, radziła sobie z tym, co działo się w jej życiu, a może sobie nie radziła? Cóż, jak zwał tak zwał. Ważne, że działało, że choć na chwilę kierowało jej myśli w inną stronę, w zasadzie nie kierowało nich nigdzie, ale to też było nie najgorszym wyjściem.
Jej życie ostatnio nie było usłane różami. Zaczęło się na początku roku, kiedy znalazła Atarotha martwego, no nie do końca martwego, bo jednak był trochę żywy, tyle, że nie do końca, bo zamienił się w wampira, trochę z jej winy, bo zrobili sobie durne zawody, kto pierwszy złapie bestię - nie wyszło, wampir złapał jego. Miała sobie za złe, że nie podeszli do tematu poważnie, ale to był dopiero początek. Nadal nie pozbierała się po tym rozstaniu, które wytrąciło ją z równowagi, nie wiedzieć czemu, nie potrafiła się po nim pozbierać. Może strasznie źle się czuła z tym, że po raz kolejny się przed kimś otworzyła, zaoferowała pomoc i wsparcie, uczucie, wszystko co tylko mogła, a jej cudowny wybranek zawinął się kilka dni później bez słowa. Nosz kurwa mać, dlaczego zawsze ją to spotykało? Nie miała pojęcia. Później w czerwcu doszła sprawa związana z bliźniakiem. Dziwny sen, kiedy znalazła się u ojca, wcześniej po Beltane list od Louvain, w którym mówił, że jest wariatką, że nie zna Thorana, a przecież rękę by dała sobie uciąć, że kiedyś pili we trójkę. Gerard wspominający o tym, że jej bliźniak nie istnieje. Mieszało jej się w głowie, nie wiedziała, co o tym myśleć. Czy miała skończyć jak ojciec? Nie wydawało jej się, że jest szalona, ale chyba wariaci mieli tendencje do tego, żeby mówić, że wcale nie są chorzy.
Akurat bawiła się z psami, którym poświęcała sporą ilość czasu, kiedy już była w domu, żeby wynagrodzić im chociaż w ten sposób swoją nieobecność. Normalnie zrzucała ten obowiązek na swoich domowników, lub na skrzatkę ojca - Triss, która bardzo chętnie ją odwiedzała. Miało to swoje plusy, bo przy okazji przynosiła jej tygodniowe zapasy jedzenia, dzięki czemu jeszcze nie zdechła z głodu.
Usłyszała pukanie do drzwi. Nie spodziewała się gości, psy towarzyszyły jej w wędrówce do drzwi. Otworzyła je nie zaglądając przez judasza, żeby sprawdzić kto jest w środku, szkoda jej było czasu na takie niepotrzebne czynności.
Zdziwiła się, gdy zobaczyła Florence, była nieco zaróżowiona, jakby zależało jej na tym, żeby znaleźć się tu szybko. Raczej nie wpadała bez zapowiedzi, to raczej była domena Geraldine. Otworzyła więc drzwi na oścież i wpuściła ją do środka. - Co się dzieje Flo? - Zapytała od razu, bo znała ją na tyle, żeby wiedzieć, że ta sytuacja jest nietypowa.