"Nie chcę siedzieć sama z wujem Richardem..." Te słowa utknęły na dłuższą chwilę w głowie Stanleya. Co takiego musiał przekrobać poczciwy wujas albo co musiała przeskrobać młoda Sophie, że tak bardzo się go bała? Unikała? Coś musiało być na rzeczy. Tylko dlaczego, skoro Rick był bardzo w porządku człowiekiem - oddanym sprawie, godnym zaufania, a przede wszystkim jedną ze stron paktu, która zawiązała się za plecami wszystkich.
Kolejnych słów odnośnie "wymówki" dotyczącej ich spotkania nie skomentował, pozwalając Robertowi, aby to on wytłumaczył swojej córce jak się sprawy mają. Odpowiedź nie była całkowitym kłamstwem, a jedynie połowicznym, może nawet w jednej czwartej. W końcu nestor rodu Borginów nie raz, ani nie dwa zamawiał różnego rodzaju świece czy kadzidła - samodzielnie czy to z odgórnego polecenia, które wydał swoim krewniakom. Zapewne też zdarzyło się, że ów zamówienie trafiło do "Olibanum", a następnie zostało zrealizowane. Jak to się mówiło - jaki ten świat jest mały.
Naturalną koleją rzeczy było to, że zjawili się w salonie, a Borgin omiótł wzrokiem całe pomieszczenie i ludzi którzy się tam znajdowali. A więc miłe rodzinne śniadanko, huh? wydawał się pytać samego siebie, nie oczekując odpowiedzi od nikogo.
- Pani Lorien? - odparł, kierując swoje słowa do kobiety o takim imieniu - Niezmiernie mi miło - kiwnął głową w jej kierunku i młodego chłopaka na przywitanie. Kultura osobista wymagałaby pewnie, aby podszedł i ucałował ją w dłoń czy coś w ten deseń ale wspólne ślęczenie nad dokumentami czy sprawami zbliżało ludzi, a pewnie granice musiały zostać zburzone. Oczywiście była to relacja czysto koleżeńska na szczeblu pracowniczo-Ministerialnym. W końcu nie raz było im dane współpracować z wieloma sprawami gdzie wymagana była kooperacja między ich dwoma Departamentami.
Prawdę mówiąc to Stanley stał trochę jak ten kołek, obserwując stół i jego okolice. Trochę jakby badał relacje panujące pomiędzy uczestnikami tego spotkania, próbując zyskać cenne informacje, które mogłyby zapewnić mu daleko idącą przewagę.
Kiedy Richard podszedł i wymienili gesty grzecznościowe, Borgin uśmiechnął się odrobinę pod nosem, przymknął odrobinę oczy i lekko kiwnął głową - trochę jakby chciał dać znak, że wszystko w porządku. Teraz wychodził jednak brak umiejętności fal, które mogłyby wiele pomóc w trakcie takich sytuacji. Niestety musieli sobie poradzić w jakiś inny sposób.
- Mi równie miło - zapewnił - Dobrze widzieć, że zdrowie dopisuje jak mniemam - dodał od siebie w geście zwykłej sympatii. Ot, krótka wymiana formułek i grzeczności, kolejny akt szopki, której przyszło im rozgrywać podczas tego poranka. Który z nich był reżyserem tego przedstawienia? Robert? A może nieświadoma Sophie?
Czym prędzej udał się na wskazane miejsce - tak było dużo lepiej, wszak nie stał już na środku. W końcu mógł się chociaż trochę "wpasować" w "swoją rodzinę", chociaż było to bardzo dziwne i nadal trochę obce stwierdzenie dla Borgina.
Zanim usiadł, wysłuchał tego co chciał jeszcze powiedzieć Richard - Miło mi poznać - przeniósł wzrok ze starszego Mulcibera na jego synów - Stanley Andrew Borgin - przedstawił się młodzieży, a następnie usiadł. Dłoni nie podał, ponieważ nie wypadało tak biegać po sali albo - co gorsza - machać przez blat, powodując jeszcze większą irytację u Roberta.
Zaraz jednak też ugasił swojego papierosa o wewnętrzną część papierośnicy. Nie każdemu mógł w końcu odpowiadać dym papiersowy, który był znakiem nierozłącznym Borgina.
Stanley rozejrzał się następnie po stole, nie komentując niczego, a może trochę nie wiedząc co powinien powiedzieć. Nie pozostało mu nic innego jak czekać na rozwój wydarzeń.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972