Widział błąd w swoim własnym matrixie. Nie chciał odpowiedzi twierdzącej, bo obawiał się, że opowieść pójdzie dalej, że nie będzie miał okazji zadać pytania a z kim? Pytania, którego by, rzecz jasna, nie zadał. Nie chciał wiedzieć, zapamiętać tego imienia i nazwiska, które potem będzie kręcić mu się w głowie. Będzie jak to buczenie lodówki w uszach Flynna, które wcale nie było lodówką. Więc nie byłoby pytania, z kim ani potrzeby opowieści "i co było dalej?" W jego założeniu brakowało ważnego elementu - nie zakładał, że ta słodka chwila przedstawiona przez Fleamonta ma swój happy end. Spotkania takie jak te brzmiały na jednorazowe uniesienia - dokładnie to, co pasowała do Flynna. Tak, z takimi go kojarzył. Nietrwałymi rzeczami, które przelewały się przez jego palce, kiedy coś się zmieniało w jego życiu. Nigdy nie powiedziałby, że to znudzenie. To zawsze były wyższe elementy nakładające się na siebie, które odpychały gdzieś z dala od stabilności. Inni nie chcieli budować z nim życia, albo to on nie był w stanie zaryzykować? To on chciał budować życie z nimi, a inni nie? Czy to inni chcieli to życie budować, a Fleamont bał się dać 100% siebie samego? Nic nie było zero jedynkowe, bo mimo to, jak szalał za czarnowłosym nie rzuciłby całkowicie swojego życia dla niego. Heh... tragedia tego polegała na tym, że był bardziej skory do zakończenia go niż wywrócenia do góry nogami. Pułapka zamknęła się nad jego głową, kiedy usłyszał "nie". Wraz z tym "nie" poczuł rozczarowanie. No bo... jak to... nie? Nie było nikogo takiego? Żadnego zjawiska nadprzyrodzonego, które by go ujęło swoim czarem i które by spoglądało tylko na niego? Nie spodobała mu się ta odpowiedź bardziej niż potwierdzenie, które spodziewał się uzyskać.
- Nie śpiewam za dobrze. - Uśmiechnął się pod nosem. Pytałby o to dalej - o tę fantazję - bo jego myśli wykiełkowały w całe połacie polnych kwiatów na zielonym tle trawy, ale pojawił się temat znacznie bardziej zajmujący - bo angażujący Flynna fizycznie. Kiedy Flynn się angażował fizycznie oznaczało to, że w jego głowie zaczyna grzmieć, kotłować się, że dzieje się coś wstępnie niedobrego.
- To nic złego zatrzymać się, żeby złapać rytm. - Och nie, nie, jejku jejku, jego maleństwu było źle! Ojojojo, Cain aż inaczej usiadł, żeby być bliżej Flynna, ale ten leżał, więc może powinien się położyć? Może najlepiej na nim, żeby być dla niego takim spoconym kocykiem? Chyba sam by go zabił, gdyby mu zrobił coś takiego, ale Flynn chyba mógł spać w koszu pełnym śmieci i jakoś by sobie z tym poradził. - Lubię twoje poetyckie opisy. - Czy to coś zmieniało - nie wiedział. Ale chciał, żeby Fleamont wiedział, że jeśli jego to denerwowało to w porządku, ale Cainowi nie przeszkadzało o tym słuchać, a nawet lubił, kiedy Flynn starał mu się coś opisać. Często tego zupełnie nie rozumiał, tak jak teraz, ale naprawdę się starał nadążyć i poukładać te puzzle, które dostawał w ręce. Przysunął się, złapał Flynna jak takiego rozlanego na podłodze kota i wciągnął go sobie na nogi, opatulając ramionami. Mogło to być całkowicie niewygodne i prawdopodobnie takie było, ale to nie miało znaczenia. Cain musiał po prostu oprzeć podbródek na czupiradle, jakim były teraz włosy Flynna. - Hm. - Dużo informacji, chaotyczny, poetyckich, dużo składania domku z pojedynczych elementów. Niby dostałeś instrukcję, ale coś się nie zgadza. Czegoś brakuje. - Ja bym poszedł spać. - Kawa to mogło być zdecydowanie za mało, ale czego się nie robiło w robocie, to i na pewno musiało zadziałać tutaj. Czyli pięć kubków espresso. czy coś. - Myślę... - Cmoknął go w czoło i nachylił się nad nim, żeby spojrzeć mu w oczy. - Ciężko zatrzymać przy sobie ludzi nie będąc sobą. Ciężko być sobą, kiedy robi się z siebie samego cierpiętnika. Nawet Jezusa wydali na krzyż zamiast Barabasza. - Można powiedzieć 'ale Jezus był sobą!' Cain tak nie uważał, ale to... to były przemyślenia na inny dzień. Cmoknął go w kraniec nosa. - Idziemy. - Potwierdził i sam zaczął się zbierać.