Cain był wiecznie zmęczony. Kiedy już zaczęła się praca, praca ciągnęła się dalej, kiedy wpadał w pracoholizm i przestawał żyć to stawał się coraz bardziej i coraz bardziej permanentnie zmęczony. Urlop? Ha... tak, miewał urlopy - kiedy musiał pomóc rodzinie, załatwić coś wymagającego większego zaangażowania, większej ilości wolnego czasu, albo kiedy potrzebował go ktoś znajomy. Znajomy - bo Cain raczej nie utrzymywał żadnych bliższych relacji. Ta z Geraldine była doprawdy rodzynkiem na torcie. Nie ośmielał się przed nią pokazywać w czarnym mundurze! No chyba że po to, żeby się z nią podrażnić... ale tylko trochę. Nie chciał skończyć po raz kolejny w szpitalu. Różnicą byłoby to, że tym razem tłuczkiem byłaby pięść Geraldine zamiast latającej, wściekłej piłki. Zmęczenie przekładało się na coś takiego jak "życie prywatne". Życie... jakie? Bletchley takiego nie miał, ale czy ktokolwiek by to powiedział? Żył jak cień człowieka i to nie dlatego, że nie miał innych rozwiązań - takie życie wybierał. A jednak tym razem wyjechał. Parę dni wolnego, parę dni spędzonych nad jeziorem, w absolutnej ciszy. Już po jednym dniu powrotu do tego zasranego miasta tęsknił za tamtym lasem. Co z tego, że z jego zdolnościami gubił się po dwóch obróceniach dookoła własnej osi? Nie kręcił się za bardzo i starał nie zbaczać z prostych ścieżek. Jedyne, co mogło go wykończyć to niepewność... prawda? Jednak te trzy dni nie wystarczyły, żeby odmalować wieczne sińce pod jego oczami. Element urody - już tak wszyscy mówili. Można było zapomnieć, że kiedyś nie miał ich stale doklejonych do skóry.
Innymi słowy - tak, z czasem bywało u niego bardzo różnie i zazwyczaj bardzo krucho. To, jak późno Geraldine odpisał, było jednak nie wynikiem tego, jak zajęty był, a wyłącznie tego, że go nie było w Londynie. Tym nie mniej kiedy tylko Ger potrzebowała pomocy to nie mógłby jej odmówić. Nawet w nawale obowiązków i działań, jakim się oddawał, starałby się wycisnąć ze swojej doby jak najwięcej, żeby mieć okazję się z nią spotkać i dowiedzieć, co też w trawie piszczy.
Nie był do końca punktualny - zjawił się parę minut po czasie. Starał się punktualnym być, ale parę minut chyba jeszcze jego duży aniołek mu wybaczy, prawda? Pierwsza lepsza koszula po przebraniu się w domu w jakieś geometryczne wzorki, proste spodnie, szata niczym się nie wyróżniająca w tłumie. Tak i w takiej ciemno-zielonej koszuli w jakieś ciemniejsze i jaśniejsze paski składające się na jakąś wizję twórczą, na którą Cain nie zwracał większej uwagi, wkroczył do uroczego przybytku, jakim była Wiwerna, żeby rozejrzeć się za swoją drobną przyjaciółką.
- Dobry wieczór, panienko Yaxley. - Uśmiechnął się w ten charakterystyczny dla siebie, sympatyczny sposób. Geraldine znalazła go już na tyle, żeby wiedzieć, że ten uśmiech był zarezerwowany przez Bletchleya na każdy moment i każdą okazję. Wypracował go latami zgodnie z przekonaniem, że uśmiechnietym ludziom bardziej się ufa. Brzmi psychopatycznie? Cóż... Cain zdecydowanie zaprzeczał swojej psychopatii, bo przecież też odczuwał jak każdy normalny człowiek. To, że dobrowolnie wybierał sitkowanie emocji i odczuwanie możliwie jak najmniej było osobnym tematem. Z tą panienką zaś to było ledwo zaczepno-żartobliwe. Cain miał w zwyczaju zrażanie do siebie ludzi i wbijanie im szpil, bliskich też lubił poszturchać kijem, ale nigdy nie chciał ranić ich celowo ani naprawdę wkurwiać. - Jak mogę ci pomóc?
!GerHipnoza