13.05.2024, 22:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.05.2024, 22:34 przez Charles Mulciber.)
Charlie widział spojrzenie wuja i rosnącą dezaprobatę, tak podobną do tej, która czasem malowała się na twarzy ojca. Młody Mulciber poczuł ciepło w klatce piersiowej, które szybko rozlało się na plecy, kark, następnie wyżej, do twarzy i uszu. Wiedział, że jego zwykle zbyt białe lico musiało zaczerwienić się dorodnym szkarłatem.
- Wuju, to tylko... przekazywanie korespondencji. - Przypomniał słabo. Czyżby rzeczywiście zbyt dużo wiary pokładał w Smrodku? Spakowanie listów i przesłanie ich dalej nie mogło być ponad możliwości Angarra! - To potrzeba rodziny, moja potrzeba. Wierzę, że żyjemy w czasach, gdzie możemy porozumiewać się... na odległość. - Brnął dalej w argumenty, w które sam już przestawał wierzyć. A co, jeśli wuj miał rację? Jeśli Angarr mógł zawalić na całej linii i nadszarpnąć w ten sposób imię Mulciberów? - Mamy lata siedemdziesiąte, postęp, cały świat stoi otworem. Poczta dociera wszędzie. - Przekonywał siebie, spuszczając wzrok znów na podłogę. Jak małe, rugane dziecko. - Sądziłem, że to dobre wyjście. Nie chciałem rozczarować ciebie ani ojca, wuju. - Przeprosił ogólnikowo.
Nie był dość dorosły. Nie był dość dorosły?! Miał już przeszło dwadzieścia lat i zajmował się klientami, odkąd opuścił szkołę! Wuj niewiele wiedział, skoro zatrzymywał się przy kontaktach twarzą w twarz! Postęp wymagał elastyczności, którą gwarantował kontakt korespondencyjny i wysyłkowy! Żadnych z tych myśli Charles nie odważył się jednak wypowiedzieć na głos. Wzory na dywanie były wystarczająco interesujące, nawet na tak długą chwilę, gdy Robert rozważał opcje.
- W Oslo? - Powtórzył po wuju, gdy ten wydał wyrok. Serce stanęło mu na moment. Czyli jednak wraca do domu?! - Mam teraz jechać do Oslo? Ja... ja pojadę, znajdę kogoś! - Obiecał. Miał już nawet parę typów. Czas było odnowić szkolne kontakty. - Ja wiem, jak rozmawiać z klientami. Tymi w Norwegii, znaczy, potrafiłem. - Wyjaśnił. Zdążył już zauważyć, że Anglicy mają nieco inny temperament. - Mogę zadbać o... Olibanum. To sklep, wuju? Nie wiedziałem, że masz sklep. Nigdy nie pracowałem w sklepie... - Odruchowo przetarł twarz, chcąc pozbyć się rumieńca wstydu, ten jednak pozostał, rozlewając się brzydkimi plamami na skórze. Charlie złapał większy oddech, by uspokoić skołatane myśli i nadszarpnięte nerwy. Tego przecież chciał. Pomagać rodzinie. Dlaczego nie zacząć od Olibanum, tego niewiadomego sklepu? - Ale spróbuję. Dam z siebie wszystko!
To było coś nowego. Chociaż nie sądził, by stanie za ladą było najlepszym, co go w życiu spotka, wiedział, że rozmowy z klientami nie są takie straszne. Do tego dojdzie utrzymanie miejsca i... i właściwie, może nie będzie wcale tak źle?
Pozostawała jednak jeszcze jedna kwestia i nawet nie były to zarobki. W kamienicy nikt nie pozwoli mu głodować ani spać pod gołym niebem. Pieniądze grały drugorzędną rolę tak długo, jak znajdował się przy rodzinie.
- Wuju? Mam prośbę. Mógłbyś nie mówić... nie mówić ojcu o Smrodku? Że miał przekazywać pocztę? - Poprosił cicho, unosząc oczy ku wujowi. Czy Robert oprze się temu szczenięcemu spojrzeniu dzieciaka, który chciał uratować skórę? - Teraz widzę, że to był głupi pomysł. To tylko skrzat.
- Wuju, to tylko... przekazywanie korespondencji. - Przypomniał słabo. Czyżby rzeczywiście zbyt dużo wiary pokładał w Smrodku? Spakowanie listów i przesłanie ich dalej nie mogło być ponad możliwości Angarra! - To potrzeba rodziny, moja potrzeba. Wierzę, że żyjemy w czasach, gdzie możemy porozumiewać się... na odległość. - Brnął dalej w argumenty, w które sam już przestawał wierzyć. A co, jeśli wuj miał rację? Jeśli Angarr mógł zawalić na całej linii i nadszarpnąć w ten sposób imię Mulciberów? - Mamy lata siedemdziesiąte, postęp, cały świat stoi otworem. Poczta dociera wszędzie. - Przekonywał siebie, spuszczając wzrok znów na podłogę. Jak małe, rugane dziecko. - Sądziłem, że to dobre wyjście. Nie chciałem rozczarować ciebie ani ojca, wuju. - Przeprosił ogólnikowo.
Nie był dość dorosły. Nie był dość dorosły?! Miał już przeszło dwadzieścia lat i zajmował się klientami, odkąd opuścił szkołę! Wuj niewiele wiedział, skoro zatrzymywał się przy kontaktach twarzą w twarz! Postęp wymagał elastyczności, którą gwarantował kontakt korespondencyjny i wysyłkowy! Żadnych z tych myśli Charles nie odważył się jednak wypowiedzieć na głos. Wzory na dywanie były wystarczająco interesujące, nawet na tak długą chwilę, gdy Robert rozważał opcje.
- W Oslo? - Powtórzył po wuju, gdy ten wydał wyrok. Serce stanęło mu na moment. Czyli jednak wraca do domu?! - Mam teraz jechać do Oslo? Ja... ja pojadę, znajdę kogoś! - Obiecał. Miał już nawet parę typów. Czas było odnowić szkolne kontakty. - Ja wiem, jak rozmawiać z klientami. Tymi w Norwegii, znaczy, potrafiłem. - Wyjaśnił. Zdążył już zauważyć, że Anglicy mają nieco inny temperament. - Mogę zadbać o... Olibanum. To sklep, wuju? Nie wiedziałem, że masz sklep. Nigdy nie pracowałem w sklepie... - Odruchowo przetarł twarz, chcąc pozbyć się rumieńca wstydu, ten jednak pozostał, rozlewając się brzydkimi plamami na skórze. Charlie złapał większy oddech, by uspokoić skołatane myśli i nadszarpnięte nerwy. Tego przecież chciał. Pomagać rodzinie. Dlaczego nie zacząć od Olibanum, tego niewiadomego sklepu? - Ale spróbuję. Dam z siebie wszystko!
To było coś nowego. Chociaż nie sądził, by stanie za ladą było najlepszym, co go w życiu spotka, wiedział, że rozmowy z klientami nie są takie straszne. Do tego dojdzie utrzymanie miejsca i... i właściwie, może nie będzie wcale tak źle?
Pozostawała jednak jeszcze jedna kwestia i nawet nie były to zarobki. W kamienicy nikt nie pozwoli mu głodować ani spać pod gołym niebem. Pieniądze grały drugorzędną rolę tak długo, jak znajdował się przy rodzinie.
- Wuju? Mam prośbę. Mógłbyś nie mówić... nie mówić ojcu o Smrodku? Że miał przekazywać pocztę? - Poprosił cicho, unosząc oczy ku wujowi. Czy Robert oprze się temu szczenięcemu spojrzeniu dzieciaka, który chciał uratować skórę? - Teraz widzę, że to był głupi pomysł. To tylko skrzat.