14.05.2024, 01:16 ✶
Crow wcale nie uważał proszenia go o pomoc za przejaw desperacji. Głównie dlatego, że był głupi. Tak, to była prawda - był osobą, która prosiło się o pomoc dopiero wtedy, kiedy wszystkie normalne, ludzkie metody cię już zawiodły. Bo był głupkiem, ale tym z kategorii podejrzanie jak na jego głupotę pomysłowych - jeżeli on nie potrafił cię wesprzeć, można było sądzić, że liczba potencjalnych kół ratunkowych wynosiła smutne, okrągłe zero.
Czyli... jednak nie był głupi?
Nie, to było zbyt odważne założenie. Spędzenie tylu lat pod pieczą Fontaine nie wskazywało na bycie zdrowym na umyśle, a późniejsze zniknięcie tylko po to, żeby zacząć znów szlajać się po Londynie nie wydawały się być przejawami zdrowego rozsądku. A jednak - ciężko było znaleźć kogoś o tak szerokiej wiedzy technicznej niż jego - szczególnie w takich dziurach jak Wiwern. Przychodząc tutaj spodziewał się właśnie tego - Yaxleyowie potrzebowali jakiejś nowej, wyszukanej pułapki... nigdy przez myśl mu nie przeszło, że Gerry zechce złożyć mu propozycję matrymonialną i jeszcze za to zapłacić. Nie był przecież dziwką. Co prawda przyszedł tutaj dzisiaj ubrany totalnie jak dziwka - może tylko skóra narzucona na umięśnione ramiona ratowała go jakoś przed obrazem kompletnego pedała, ale obcisłe spodnie jak zawsze robiły swoje - on jednak jak zawsze zdawał się na to nie zważać.
Zmienił się od ich ostatniego spotkania. Przestał golić łeb, zamiast tego pozwolił sobie zapuścić kępę pięknych, czarnych loków, cudem ratujących zniszczoną od narkotyków gębę od bycia czymś głęboko odurzającym. Włosy musiały być makijażem facetów - bo naprawdę wyglądał o wiele lepiej - to zaś najwyraźniej było lepsze dla sprawy, z jaką blondyna do niego przychodziła.
Pierwszym co zrobił, było podejście do baru. Szybko przypomniał sobie, że to był cholerny Biały Wiwern, a nie Dziurawy Kocioł - tutaj nie podawali słodkich drinków, nie mieli nawet piwa z sokiem, więc uśmiechnął się niezręcznie, bo przez trzy ostatnie lata bardzo zapomniał się w tym, w jaki sposób powinien pić jako człowiek obijający komuś mordę. Wybrał więc zwykłe piwo, nie z sympatii do tego smaku, a jakiegoś tam poczucia bezpieczeństwa - może nie była to nalewka Elaine, ale nie było to też whiskey, które smakowało totalnie jak gówno i był święcie przekonany, że ludzie pili to na przekór swoim kubkom smakowym.
Trzymając swój kufel, odnalazł wzrokiem dziewczynę i usiadł naprzeciw, trzymając w gębie odpalony wcześniej papieros.
- No cześć. - Łudził się, że nie zada mu pytania gdzie go kurwa wcięło na tyle czasu. No, a nawet jak je zada - nie zamierzał na nie odpowiadać. - Z czym cię niesie?
Czyli... jednak nie był głupi?
Nie, to było zbyt odważne założenie. Spędzenie tylu lat pod pieczą Fontaine nie wskazywało na bycie zdrowym na umyśle, a późniejsze zniknięcie tylko po to, żeby zacząć znów szlajać się po Londynie nie wydawały się być przejawami zdrowego rozsądku. A jednak - ciężko było znaleźć kogoś o tak szerokiej wiedzy technicznej niż jego - szczególnie w takich dziurach jak Wiwern. Przychodząc tutaj spodziewał się właśnie tego - Yaxleyowie potrzebowali jakiejś nowej, wyszukanej pułapki... nigdy przez myśl mu nie przeszło, że Gerry zechce złożyć mu propozycję matrymonialną i jeszcze za to zapłacić. Nie był przecież dziwką. Co prawda przyszedł tutaj dzisiaj ubrany totalnie jak dziwka - może tylko skóra narzucona na umięśnione ramiona ratowała go jakoś przed obrazem kompletnego pedała, ale obcisłe spodnie jak zawsze robiły swoje - on jednak jak zawsze zdawał się na to nie zważać.
Zmienił się od ich ostatniego spotkania. Przestał golić łeb, zamiast tego pozwolił sobie zapuścić kępę pięknych, czarnych loków, cudem ratujących zniszczoną od narkotyków gębę od bycia czymś głęboko odurzającym. Włosy musiały być makijażem facetów - bo naprawdę wyglądał o wiele lepiej - to zaś najwyraźniej było lepsze dla sprawy, z jaką blondyna do niego przychodziła.
Pierwszym co zrobił, było podejście do baru. Szybko przypomniał sobie, że to był cholerny Biały Wiwern, a nie Dziurawy Kocioł - tutaj nie podawali słodkich drinków, nie mieli nawet piwa z sokiem, więc uśmiechnął się niezręcznie, bo przez trzy ostatnie lata bardzo zapomniał się w tym, w jaki sposób powinien pić jako człowiek obijający komuś mordę. Wybrał więc zwykłe piwo, nie z sympatii do tego smaku, a jakiegoś tam poczucia bezpieczeństwa - może nie była to nalewka Elaine, ale nie było to też whiskey, które smakowało totalnie jak gówno i był święcie przekonany, że ludzie pili to na przekór swoim kubkom smakowym.
Trzymając swój kufel, odnalazł wzrokiem dziewczynę i usiadł naprzeciw, trzymając w gębie odpalony wcześniej papieros.
- No cześć. - Łudził się, że nie zada mu pytania gdzie go kurwa wcięło na tyle czasu. No, a nawet jak je zada - nie zamierzał na nie odpowiadać. - Z czym cię niesie?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.