14.05.2024, 07:36 ✶
Ostatnie miesiące chyba dla nikogo w Anglii nie były łatwe. Groza Beltane wciąż nie poszła w zapomnienie, rytuał kapłanów wielu osobom namieszał w głowie, a nad wyspami wciąż wisiał złowrogi cień. Florence martwiła się o przyjaciela i o braci - zarówno ze względu na zawód, jak i całą tę historię Zimnych oraz o to, jak to wszystko wpłynie na Atreusa, z jego gwałtownym charakterem. Brat zdawał się jej zagubiony, a ona tak nietypowo dla siebie: nie wiedziała co robić.
Teraz jednak jej myśli pochłaniał głównie Thoran Yaxley.
- Witaj, Geraldine. Wybacz to niespodziewane najście - przywitała się Florence, bo nawet tak wzburzona pamiętała o podstawach dobrych manier. Jej wzrok przesunął się po psach: Bulstrode lubiła zwierzęta, choć jednocześnie sama poza sową żadnych nie miała. Praca w szpitalu była zbyt obciążająca, aby mogła przy kocie albo psie zachować u siebie porządek, a chyba by się zawściekła na nadmiar sierści na ubraniach i meblach. - Chciałabym z tobą porozmawiać o twoim krewnym, być może ty albo twój ojciec go znacie. Thoran Yaxley - poinformowała, wypowiadając te słowa takim tonem, jakby właśnie wypowiedziała przekleństwo (Florence praktycznie nigdy nie przeklinała, ale zapewne gdyby to zrobiła, brzmiałoby w jej ustach dokładnie w ten sposób).
- Przed chwilą zrobił... pewne zamieszanie w klinice. Mogę wejść, jeśli nie jesteś bardzo zajęta? To nie jest rozmowa na ulicę.
Niekoniecznie chciała, by wszyscy sąsiedzi usłyszeli tę opowieść. Nawet nie tyleż z obawy o reputację Geraldine, wszak ta nie mogła odpowiadać za każdego o nazwisku Yaxley, ile z niechęci do przyznania, jak łatwo dała się podejść. Powinna była zerknąć w jego przyszłość w tym samym momencie, w którym zorientowała się, że coś z nim nie tak. Zignorowała dziwne przeczucie, które ją nawiedziło, i skończyła odrywając urokiem.
Florence nie była wojowniczką, nie byłoby więc nic zaskakującego w tym, że ktoś ją obezwładnił. Ale była też jasnowidzem i uważała się za osobę spostrzegawczą. Złościło ją teraz i to, co zrobił Thoran i własna nieudolność.
Jedyną satysfakcję czerpała z tego, że ten głupiec stracił dokumenty. Znali jego nazwisko, a Brygada otrzyma odpowiednie dowody.
Teraz jednak jej myśli pochłaniał głównie Thoran Yaxley.
- Witaj, Geraldine. Wybacz to niespodziewane najście - przywitała się Florence, bo nawet tak wzburzona pamiętała o podstawach dobrych manier. Jej wzrok przesunął się po psach: Bulstrode lubiła zwierzęta, choć jednocześnie sama poza sową żadnych nie miała. Praca w szpitalu była zbyt obciążająca, aby mogła przy kocie albo psie zachować u siebie porządek, a chyba by się zawściekła na nadmiar sierści na ubraniach i meblach. - Chciałabym z tobą porozmawiać o twoim krewnym, być może ty albo twój ojciec go znacie. Thoran Yaxley - poinformowała, wypowiadając te słowa takim tonem, jakby właśnie wypowiedziała przekleństwo (Florence praktycznie nigdy nie przeklinała, ale zapewne gdyby to zrobiła, brzmiałoby w jej ustach dokładnie w ten sposób).
- Przed chwilą zrobił... pewne zamieszanie w klinice. Mogę wejść, jeśli nie jesteś bardzo zajęta? To nie jest rozmowa na ulicę.
Niekoniecznie chciała, by wszyscy sąsiedzi usłyszeli tę opowieść. Nawet nie tyleż z obawy o reputację Geraldine, wszak ta nie mogła odpowiadać za każdego o nazwisku Yaxley, ile z niechęci do przyznania, jak łatwo dała się podejść. Powinna była zerknąć w jego przyszłość w tym samym momencie, w którym zorientowała się, że coś z nim nie tak. Zignorowała dziwne przeczucie, które ją nawiedziło, i skończyła odrywając urokiem.
Florence nie była wojowniczką, nie byłoby więc nic zaskakującego w tym, że ktoś ją obezwładnił. Ale była też jasnowidzem i uważała się za osobę spostrzegawczą. Złościło ją teraz i to, co zrobił Thoran i własna nieudolność.
Jedyną satysfakcję czerpała z tego, że ten głupiec stracił dokumenty. Znali jego nazwisko, a Brygada otrzyma odpowiednie dowody.