Yaxley niby nigdzie nie pracowała, a tak naprawdę miała na swoich barkach rodzinną działalność, co wcale nie okazało się być prostym zadaniem. Musiała nawiązywać kontakty biznesowe, szukać nowych klientów, żeby ich dochód istniał. Jasne, mogli sobie polować, jednak dobrze by było mieć komu sprzedać to, co uda im się złapać. Ojciec nieco się wycofał, jeden z braci przymusowo został zamknięty w domu (niewiele spraw mógł załatwić nocami), starysz z braci nieco zdystansował i nagle została z tym wszystkim sama. Nie spodziewała się, że tak się to skończy. Przez to też nie miała ostatnio czasu na dalekie wyprawy, chociaż strasznie jej tego brakowało, będzie musiała wreszcie wyrwać się gdzieś dalej, bo ohujeje. Czuła jednak, że najbliższa okazja na to zdarzy się dopiero jesienią. Jeśli dobrze pójdzie.
Ona też była zmęczona, nawet bardziej niż zazwyczaj, bezsenność ją meczyła, wlewała w siebie te śmieszne eliksiry, chlała na umór, byle pospać chociaż trochę. Nie było to do końca zdrowe, ale jakoś trzeba sobie radzić, czyż nie?
Nie sądziła, że w dorosłym życiu będzie w stanie utrzymywać kontakt z wielką ilością osób, szczególnie, że bywała w kraju przelotnie, no może ostatnio spędzała tu nieco więcej czasu. Znajomości nawiązane w Hogwarcie okazały się być jednak stałym elementem jej życia, przynajmniej kilka z nich, Cain należał do grona tych osób.
Nie miała do nikogo żalu o to, że nie odpisywał jej od razu. Byli w takim momencie życia, że czasem trudno było wyrwać kilka godzin na spotkanie, a nawet minut na to, żeby odpisać na list. Zdawała sobie z tego sprawę. Mimo wszystko udało mu się dla niej znaleźć czas, za co była mu ogromnie wdzięczna, to naprawdę wiele dla niej znaczyło. Świadomość, że jednak nie jest z tym wszystkim sama, że ma się do kogo odezwać, zwrócić o pomoc.
Na pewno nie miał problemu z tym, żeby wypatrzyć ją w Wiwernie, chociażby chciała nie za bardzo umiała się ukrywać, szczególnie, gdy ktoś wiedział kogo szuka. Zauważyła go od razu, gdy pojawił się w drzwiach, on musiał również ją dostrzec, bo zmierzał w jej kierunku. Uśmiechnęła się na przywitanie, nie umknęły jej jego sińce pod oczami, nie zamierzała jednak tego komentować. Przez Beltane pewnie mieli sporo roboty w ministerstwie, śmierciożercy zaczęli się panoszyć, co przynosiło naszym dzielnym aurorom nieprzespane noce.
- Dzień dobry Bletchley, wiesz, że do mnie nie musisz się tak uśmiechać? - Nie była podejrzanym, a jego przyjaciółką, przy niej nie musiał udawać.
- Usiądź i napij się ze mną whisky, nie wiem, czy na trzeźwo będę wiedziała jak zacząć. - Nie brzmiało to zbyt kolorowo, ale Geraldine miewałą problemy z dzieleniem się swoimi problemami, o czym na pewno wiedział. Nalała im alkoholu do szklanek, sama sięgnęła po jedną z nich i upiła niewielki łyk, żeby sprawdzić, co za gówno przyjdzie im pić. - Chujowe, ale da się przełknąć. - Skomentowała jeszcze.
Kiedy Cain usiadł milczała przez chwilę, jakby zbierała w głowie myśli. - Mam problem, pamiętasz mojego brata bliźniaka Thorana? - Od tego było warto zacząć, może jak Louvain nie będzie wiedział o kim mówi.