- Jakie najście, moja droga mam ci wyliczyć ile razy ja w ten sposób nachodziłam ciebie? - Wolałaby nie, bo pewnie zgubiłaby rachubę po pierwszej dziesiątce, tak wiele razy zjawiała się u Bulstrode niespodziewanie. - Wejdź do środka, chodźmy do kuchni, nie będziemy tak stać, uważaj na psy, bo mogą chcieć się zbyt intensywnie witać. - Ostrzegła jeszcze przyjaciółkę, bo jej zwierzaki naprawdę lubiły towarzystwo człowieka, każdego więc traktowały bardzo natarczywie.
Spoglądała na Florence uważnie, gdy ta wspomniała o Thoranie. Mierzyła ją wzrokiem dosyć długo. Dlaczego pytała ją o brata bliźniaka? Jak w ogóle mogła nie pamiętać, że to jej brat. Ton, w którym o to zapytała nie był zbyt przyjemny, czuła, że znowu wywinął jakiś numer, powinna się tego spodziewać. - Flo, przecież to mój brat, bliźniak, jak mogłabym go nie znać. Dziwi mnie to, że ty go nie kojarzysz, myślałam, że was sobie przedstawiałam. - Na pewno było ku temu wiele okazji. Próbowała sobie przypomnieć bale, na których był z nią Thoran, ale nic w tej chwili nie przychodziło jej na myśl, miała w głowie czarną dziurę.
Mimo wszystko postanowiła udać się do kuchni, tam mogły na spokojnie porozmawiać. - Napijesz się czegoś. - Miała jeszcze jakieś maniery, chociaż czuła, że akurat to może zaczekać, szczególnie, kiedy Bulstrode zaczęła opowiadać sytuację, do której doszło.
- Jakie zamieszanie, co zrobił tym razem? Mam wrażenie, że Thoranowi odjebało zupełnie po Beltane, już wcześniej miewał różne odchyły, ale teraz jakby się to skumulowało. - Nadal wydawało jej się, że jest jej bratem, skąd inaczej wzięłyby się te wspomnienia. Miała oczywiście z tyłu głowy słowa ojca, czy Lestrange'a, ale jeszcze nie dochodziło do niej to, że tak naprawdę jej bliźniak mógł w ogóle nie istnieć.