Były takie historie, nad którymi ptaszęta na niebie płakały. Były też te, które opiewały trelami i dbały o to, by boskie promienie słońca rozgrzały skórę i przedarły się prosto do serca. Smutki, radości, obowiązki i lenistwa - były historie, które o tym opowiadały i miejsca, w których opowiadanie ich było wskazane. Jak tutaj, między drzewami pełnymi czereśni. Już pełnymi. Zniknęły bladoróżowe kwiatki, które przysłaniały gałęzie tak gęsto, że próżno było szukać jakichkolwiek liści. Ptaki, ci heroldzi niesprawiedliwości i świadkowie sprawiedliwych oraz honorowych, w tym miejscu były ledwo złodziejami żywiącymi się na słodkich owocach. Wydłubującymi nasiona z ziemi, które tak dzielnie chował w niej Bellamy Dupont. Ktoś, kto był nikim w oczach całej śmietanki towarzyskiej Londynu, ale kto był kimś w tym konkretnym miejscu. W lustrach duszy Philipa Notta wędrującego chwilową opowiastką do czasu przeszłego, żeby szybko chcieć znaleźć się w obecnym. Utopić wspomnienie o tym, że można było tonąć, w pogawędce i skupieniu się na rzeczach o wiele przyjemniejszych. Czy zbieranie czereśni tym było? Jeśli nawet Dupontowi to przeszkadzało to złego słowa nie powiedział, ale ty wiedziałeś dobrze - mógł narzekać na ptaki i nazywać je potworami, ale nie mówiłby źle o tym, co Matka Natura rodziła ze swojego łona na tych drzewach. Ten mężczyzna doceniał każdy z darów natury… przynajmniej flory. Łatwo zapomnieć, że ptaki prócz zjadania ziaren zjadały również owady, które atakowały i niszczyły wszystkie rośliny, na których się zalęgły. Które potrafiły przenosić choroby i szkodzić człowiekowi. Jeden wymiar spojrzenia - widzisz tylko skutek, ale nie dostrzegasz skutków pobocznych. Wytępienie ptactwa nie wydawało się aż takie problematyczne, ale i Dupont niekoniecznie miał do tego serce. Niektóre zaklęcia pozwalały utrzymać te szkodniki z dala od jego ogrodów, do niektórych sztuczek zadziwiająco się te paskudy przyzwyczajały i zaczynały wracać. Przegrana sprawa. Ptaki są i będą. Wraz z ptakami będą zawsze te koncerty, o których wspomniał teraz Philip. Ciemnowłosy przechylił głowę na bok w lekkim powątpieniu co do tego koncertu, albo raczej - co do tego, że ten darmowy koncert miał wynagrodzić to, że te maszkarady gotowe były zeżreć wszystkie owoce, a potem jeszcze przejeść kilogram nasion, który zostałby im rzucony. Zwątpienie rzecz ludzka, bo kto nie błądził - nie zaczynał szukać. Bellamy cenił sobie spokój, który miał w życiu i niekoniecznie oglądał się za wielkimi przygodami, niekoniecznie obracał głowę w kierunku tych tragedii związanych z Beltane. Nie dlatego, że był tak nieczuły, co chyba nawet można było mu w niektórych aspektach własnej aspołeczności zarzucić. To wszystko działo się dlatego, że kontakty z ludźmi zawsze niosły ze sobą ból i cierpienie, a jeśli odmawiasz ich przyjmowania do siebie, to czy sam nie zaczynasz wtedy cierpieć mniej? Odciąć się. Nie myśleć o przeszłości i skupiać na tym, co jest tutaj i teraz. Na tym, że nawet jeśli miał żal do niektórych elementów swojego dorastania, to nie potrafiłby narzekać, co najwyżej wzruszyłby ramionami. Ta przeszłość, te wszystkie wydarzenia, które skwitował krótkim “u mnie nic się nie dzieje” powinny się trzymać właśnie takiej płaszczyzny. To ludzie tacy jak Nott byli tutaj od tego, żeby dzielić się swoimi przygodami - tymi miłymi, ale tymi tragicznymi również. Bell chętnie by go wysłuchał, gotów był położyć dłoń na jego ramieniu. Byli tutaj potencjalnie tylko we dwójkę. Tylko oni i potworne ptaki ze swoim koncertem, którym się wpraszały na tę posesję, bo nikt ich nie zapraszał. Łatwo było mu zrozumieć, że Philip je lubił chociażby ze względu na to, że mu śpiewały. Dla niego to był trell werbli wojennych, które mu wytaczały w walce o kontrolę nad ogrodem i nad nasionami. Babka często próbowała wystawiać przeciwko nim nawet dzielnych rycerzy - strachy na wróble, które (zaczarowane) potrafiły robić różne dziwne ruchy w celu przegonienia ich od siebie.
- Życie bez ogrodu to ciężkie życie. - Uśmiechnął się lekko. Był to żart, bo przecież Nott miał swoje hobby, pasje i zajęcia i jakoś nie wyobrażał go sobie dłubiącego łopatką w ziemi, umorusanego po łokcie w torfie, jak on sam czasami kończył. Jak tu więc nie lubić czerni, gdy czarna była żyzna ziemia, która rodziła najpiękniejsze z róż? Tak jak nie wyobrażał sobie go sadzącego kwiaty, tak już korzystającego z uroków takiego ogrodu i jego dobrodziejstw - to co innego. Nie był nawet zaskoczony, że dostał zaproszenie właśnie tutaj, na możliwość pojedzenia pysznych czereśni. Tutaj, gdzie ten zgiełk, który opisywał blondyn, był daleko za ich plecami i mogli sobie co najwyżej wyobrażać te coraz modniejsze, trąbiące samochody i zakorkowany Londyn. W dzielnicy czarodziei nie było z tym jeszcze tak źle, ale tam znowu był czarodziej na czarodzieju. Wszyscy się kisili na trzech ulicach na krzyż i jeszcze kazali nam udawać, że wszystko jest okej. Wszystko przebiega zgodnie z planem, nie ma powodów do denerwowania się. Nie będziemy więc mówić o powiększaniu terenów, no bo jak poradzić sobie z mugolami? Odwieczny zastój. Jak zator w żyłach, od którego się umiera, ale tutaj jakoś nikt nie chciał mówić o śmierci. Więc chcieli się rozwijać - nie chcieli ekspansji. Tylko co on się tam znał? Nie był ani politykiem, nie był ekonomistą… był nikim. I chciał żyć tak samo, jak nikt. W spokoju, ze swoim ogrodem, pośród zieleni. Czerpiąc całymi garściami z opasającego go spokoju. O tym też właśnie blondyn raczył powiedzieć i z tym potrafił się wręcz utożsamiać. Z potrzebą uciekania daleko, daleko od ludzi, żeby w końcu móc się wyciszyć i przypomnieć sobie jak to jest żyć w ciszy. Och, zgoda. Ciszy względnej - w końcu ten koncert… - Żadne zaklęcie nie pomaga na ten hałas? - Zapytał w sumie z ciekawości, bo sądził, że skoro ulica Pokątna, na której Philip mieszkał, jest taka ruchliwa i hałaśliwa, to każdy pomyślał o tym, żeby się zabezpieczyć jakimiś sposobami przed hałasem. Samymi zaklęciami na stałe - jasne, ciężko, nie da rady. Ale pomyśleć nad jakimiś mechanizmami, runami, które coś takiego umożliwią? Chyba ten cały rozwój, o którym już mówimy, nie nadążał za podstawowymi potrzebami człowieka. - Nie obraź się, ale dla mnie Pokątna to mrowisko. - Miejsce nie do życia. A na pewno nie do stałego zamieszkania, z dala od prawdziwej natury, obijając się pomiędzy kolejnymi ludźmi, bo przecież tam człowiek żył na człowieku. Magią próbowali rozciągać tę Pokątną jak tylko mogli. Czarodziei wcale nie było coraz mniej. Czarodzieje coraz mocniej za to wtapiali się wśród mugoli, bo nie dość, że czynsz na Pokątnej był niczego sobie, to jeszcze znaleźć tam miejsce dla siebie? Ha… zaraz ktoś wpływowy będzie chciał cię wygonić, bo akurat zachciało mu się zakupić tę konkretną kamienicę. Philip sobie na to mógł pozwolić. “Luksus” niektórzy by powiedzieli. Bellamy wystarczająco często bywał na Pokątnej, głównie przez swoją babcię, żeby wiedzieć i widzieć, co tam się dzieje.
Mężczyzna wyciągnął różdżkę i zadbał o to, żeby kosz uniesiony został na odpowiednią wysokość. Przytrzymywał go magią, by czasem nie spadł. Czereśnie można z powrotem zebrać, ale odruchy ludzkie bywały zdradliwe - jeszcze Nott chciałby go złapać w locie i sam by się przez to wywalił? Choć, z drugiej strony, był sportowcem - i to jakim! Światowej sławy. Pewnie refleks i giętkość ciała miał taką, że każdy by mu tego pozazdrościł. Sam zajął się równocześnie pilnowanie drabiny, żeby czasem, apropo spadania, ta nie zsunęła się gdzieś, albo nie zachwiała podczas wygibasów w próbach sięgnięcia po wyżej położone owoce.
- Nie oddałbym swojego nudnego życia za nic innego. - Tak, no właśnie - Philipp zawsze coś robił,coś chciał osiągać, gdzieś się znaleźć, coś poznać, gdzieś pojechać. Nie było w tym niczego złego. Mimo różnic w podejściu do życia bardzo cenił sobie towarzystwo tego człowieka. Chyba właśnie głównie przez te różnice? Mogli się wymieniać innymi doświadczeniami. Bellamy zwyczajnie lubił go słuchać. Niby taki wielki imprezowicz, a spójrzcie na niego teraz - był taki spokojny i zestrojony ze spokojem tych drzewa, że aż chciało się poddać wątpliwościom wszystkie te opowiastki, jakoby tak bardzo szalał i hulał przez wiele lat. - Można mieć stabilne życie i czasem gdzieś jeździć. To sobie chyba nie przeczy? - Nie uważał się za wielkiego mędrca, ale przecież wiele ludzi żyło właśnie tak - dbali o to, żeby mieć dom, opłacone rachunki, stabilną pracę, rodzinę. Jest żona, jest dziecko, posadzone drzewo. W międzyczasie bawię się szachami czarodziejskimi, kolekcjonuję karty czarodziei i sadzę sobie kwiatki. Pomiędzy tym mam ochotę odwiedzić Irlandię, bo tam ponoć mają piękną odmianę sosny, więc lecę. Gdzieś później marzy mi się zorganizowanie imprezy, więc to robię. Bell nie był specjalistą i nie chciał się wypowiadać nadmiernie. Mógł co najwyżej dodać, że on czasami dla przecięcia swojego “nudnego życia” bywał na spotkaniach takich jak to - zdecydowanie uważał to za odmianę. Utrata kontroli nad swoim życiem brzmiała jednak całkiem poważnie. Całkiem ciężko.
- Kiedy świeci słońce łatwiej znieść smutki. - I ciężkie tematy. Nie to, że chciał naciskać na Philipa. Miał niezły widok z dołu na tego przystojnego mężczyznę i właściwie… mógłby pewnie jakoś mu ulżyć - wysłuchanie było dobrym krokiem. Jak człowiek z siebie rzeczy wyrzucał to często czuł się po tym lepiej. Naciskanie nie było w jego stylu, dlatego nie zamierzał tego robić. Otworzył jedynie taką możliwość. Odszedł ze dwa kroki na bok, żeby zerwać z najniższej gałęzi kilka czereśni i je zjeść, wyrzucając pestki na trawę, na bok. - Nie są takie złe… zawsze, w razie konieczności, można przypadkiem upuścić talerz. - Żeby nie musieć ich jeść, rzecz jasna. - Wybieram czereśnie nad małże. - Wskazał palcem kolejne drzewo. - Pomogę ci z dołu, to się szybciej obrobimy. A ty opowiadaj dalej o tym rejsie. - Zachęcił i rzeczywiście podwinął nieco rękawy koszuli, żeby nie pobrudzić materiału.