— Tak, wygląda na to, że to u nich rodzinne. Chociaż niekoniecznie chciałbym być u nich zamknięty. Jeszcze by mnie za dobrze tam karmili i zwykłe przysmaki by mi spowszedniały — Wzruszył ramionami na słowa Alice, strzelając rozbawionym spojrzeniem na boki.
Na pytanie Silasa, rozchylił lekko usta, jak gdyby nie wiedział, co powiedzieć. Aż tak dokładnie nie znał pochodzenia rodu, o którym rozmawiali, więc nie mógł zapewnić, że faktycznie tak było. Nie chciał też pokazywać swojej niewiedzy, więc po prostu pokiwał lekko głową, przytakując tym samym mężczyźnie.
— Powiedzmy, że Ci wierzę, Noro. Zazwyczaj wyglądam całkiem nieźle — stwierdził z teatralną łaską w głosie, aby chwilę później wgryźć się w ofiarowanego mu pączka. — Przynajmniej jest wygodny i zbytnio nie gryzie. Do tego ogona też się nawet idzie przyzwyczaić.
Mógł wręcz powiedzieć, że miał z takowym już całkiem spore doświadczenie przez swoje comiesięczne transformacje, jednak biorąc pod uwagę dosyć zróżnicowane towarzystwo, wolał darować sobie podobną uwagę. Rzadko kiedy żartował z własnego wilkołactwa, a chociaż część zebranych tu osób było mu wyjątkowo bliskich, tak nie ze wszystkimi odważyłby się tak żartować.
Bądź co bądź, pomimo starań Ministerstwa Magii wilkołaki dalej uchodziły w pewnych kręgach za dosyć kontrowersyjne. Wprawdzie mało kto mógłby nazwać go agresywnym wilczkiem, ale przecież to właśnie to było największym przekleństwem likantropów, prawda? Na zewnątrz mogli być do rany przyłóż, ale w trakcie pełni i, Merlinie broń, bez Eliksiru Tojadowego mogli zmienić się w straszną bestię.
Erik pokręcił powoli głową. Nie powinien teraz o tym myśleć. A już na pewno nie powinien dywagować na te tematy na głos. Nie wszyscy mogli być w pełni świadomi tego, że był wilkołakiem, a dwa, że mogłoby to odwrócić uwagę od Nory. A jeśli miał wybór między wygłoszeniem wykładu o swoim futerkowym alter-ego, a świętowaniem wielkiego osiągnięcia swojej najlepszej przyjaciółki... to wybór właściwie nie istniał. To był wieczór panny Figg i taki też powinien pozostać. Zasłużyła na to.
Malinowe nadzienie nadzwyczaj mu zasmakowało, więc zanim magiczny efekt tegoż zaczął działać, zdążył już pochłonąć połowę pączka. Nie miał na co narzekać, praktycznie dziewięćdziesiąt dziewięć przecinek dziewięć procent wypieków kobiety sprawiało, że jego kubki smakowe się rozpływały i przeżywały istną ekstazę. Tym razem nie było inaczej. Huh, chyba zaczynał rozumieć, czemu jej zdaniem nie był takim dobrym testerem.
— Masz może jeszcze jedne — Przerwał i zamarł na moment, gdy poczuł dziwne łaskotanie na głowie. Machinalnie zaczął się po niej macać i cóż... Coś wymacał, a tym czymś były uszy.
Erik od razu podszedł do najbliższej szyby i wbił wzrok w swoje odbicie. Ta nagła transformacja, częściowa, bo częściowa, nieco go przestraszyła. Gdyby nie to, że wiedział, iż do pełni brakuje jeszcze paru dni, to zapewne wyleciałby na zewnątrz. Niespodziewana przemiana w wilkołaka w środku kawiarni była ostatnim, na czym mu zależało. Uszy na szczęście nie były wilcze.
— Muszę ci powiedzieć, że jest to całkiem kreatywne — rzucił do Nory z lekkim uśmiechem, klepiąc ją lekko po ramieniu, a następnie zwrócił uwagę ku własnej siostrze. — A Tobie co się stało? Na Merlina, to jakby ktoś nałożył na ciebie filtr. Podczas odpraw byłoby to nie zastąpione.
Pokręcił głową, parskając cichym śmiechem i starając się ignorować dodatkową parę uszu.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞