14.05.2024, 17:27 ✶
- Nie zemdleję. I mogę chodzić – uparła się Brenna, jakby wcale nie robiło się jej coraz ciemniej przed oczyma, a w uszach nie narastał wysoki gwizd, świadczący o tym, że albo zaraz dostanie ten eliksir na odnowienie krwi i najlepiej coś przeciwbólowego, albo owszem, jednak zemdleje. Jeżeli nie od utraty krwi, to z bólu. – Się tak teleportowałam, to tym bardziej mogę chodzić.
Nie rozszczepiła się, tak? Przeszła tu w końcu z alej Horyzontalnej, prawda? I skoro dała radę, to jakoś dotarłaby do apteki, była tego p r a w i e pewna. Wolała nawet nie dopuszczać do siebie myśli, że to prawie robiło sporą różnicę – chyba nie chciała myśleć, jak blisko śmierci się znalazła. Tym razem to nie był po prostu brak kości, dziwne plamy ani nieco bolesne i na pewno szkodliwe, ale jednak nie zabijające szybko gnicie.
Ale nie próbowała się wyrywać. Pozwoliła by pomogli jej oboje. Przy okazji odnotowała i to, że chyba zna tę kobietę, ale do zamroczonego umysłu nie docierało jeszcze w pełni, kim konkretnie jest ta kobieta. Za to zrozumiała po tym całym kochanie, że najwyraźniej zepsuła tutaj swoim umieraniem na ulicy ważną randkę - nawet chciała przeprosić, ale kiedy tak się przeciskali do kuchni, uraziła ten cholerny bok i zamiast tego tylko sypnęła z bólu i oparła się o stół. To był świetny stół, prawie tak fajny jak tamta ściana, bo zapewniał podparcie i nie musiała już stać o własnych siłach, które uciekały z niej bardzo szybko, wraz z krwią, sączącą się wprawdzie teraz już powoli, ale systematycznie.
Skoro już ją dżgnięto, to że nóż tkwił w ranie było bez wątpienia pozytywne... jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało. Inaczej pewnie by się wykrwawiła, gdyby wyjęto go przed złożeniem opatrunku i bez eliksirów na podorędziu. Gorzej że bez złamania zaklęcia pewnie i w rękawiczkach ciężko by było go wyciągnąć, bo istniała spora szansa, że będzie stawiał opór: tak. Był bardzo przeklęty.
Rozmowa Basiliusa i Franceski docierała do niej jak spod wody: wyłapywała pojedyncze słowa, nie pojmowała do końca ich znaczenia. Nie ogarniała więc w pełni iście dramatycznych okoliczności: oto marzenia niewinnej księgarki obracano w gruzu, a Basiliusowi groziło, że ta niewinna pani go zamorduje.
Ewentualnie zamach groził w rychłej przyszłości Brennie, bo Francesca zaraz uzna, że pozwoliła się dźgnąć specjalnie, byleby popsuć jej randkę.
Nie rozszczepiła się, tak? Przeszła tu w końcu z alej Horyzontalnej, prawda? I skoro dała radę, to jakoś dotarłaby do apteki, była tego p r a w i e pewna. Wolała nawet nie dopuszczać do siebie myśli, że to prawie robiło sporą różnicę – chyba nie chciała myśleć, jak blisko śmierci się znalazła. Tym razem to nie był po prostu brak kości, dziwne plamy ani nieco bolesne i na pewno szkodliwe, ale jednak nie zabijające szybko gnicie.
Ale nie próbowała się wyrywać. Pozwoliła by pomogli jej oboje. Przy okazji odnotowała i to, że chyba zna tę kobietę, ale do zamroczonego umysłu nie docierało jeszcze w pełni, kim konkretnie jest ta kobieta. Za to zrozumiała po tym całym kochanie, że najwyraźniej zepsuła tutaj swoim umieraniem na ulicy ważną randkę - nawet chciała przeprosić, ale kiedy tak się przeciskali do kuchni, uraziła ten cholerny bok i zamiast tego tylko sypnęła z bólu i oparła się o stół. To był świetny stół, prawie tak fajny jak tamta ściana, bo zapewniał podparcie i nie musiała już stać o własnych siłach, które uciekały z niej bardzo szybko, wraz z krwią, sączącą się wprawdzie teraz już powoli, ale systematycznie.
Skoro już ją dżgnięto, to że nóż tkwił w ranie było bez wątpienia pozytywne... jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało. Inaczej pewnie by się wykrwawiła, gdyby wyjęto go przed złożeniem opatrunku i bez eliksirów na podorędziu. Gorzej że bez złamania zaklęcia pewnie i w rękawiczkach ciężko by było go wyciągnąć, bo istniała spora szansa, że będzie stawiał opór: tak. Był bardzo przeklęty.
Rozmowa Basiliusa i Franceski docierała do niej jak spod wody: wyłapywała pojedyncze słowa, nie pojmowała do końca ich znaczenia. Nie ogarniała więc w pełni iście dramatycznych okoliczności: oto marzenia niewinnej księgarki obracano w gruzu, a Basiliusowi groziło, że ta niewinna pani go zamorduje.
Ewentualnie zamach groził w rychłej przyszłości Brennie, bo Francesca zaraz uzna, że pozwoliła się dźgnąć specjalnie, byleby popsuć jej randkę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.