— Oh, wręcz przeciwnie. Sukienki są o wiele wygodniejsze. Znaczy, wiesz, zależy do czego tak naprawdę. Po chodzeniu w wysokiej trawie albo błocie to spodnie lepsze, ale jak potrzebujesz większej swobody nóg to spódnica jest lepsza. No i zależy też jaka, i gdzie jesteś, i z kim jesteś, co nie...
Już prawie wpadłam w jakiś gawędziarski esej na temat odpowiedniego ubioru na różnego rodzaju okazje w dzikiej wsi, ale każde kolejne lustro mnie odciągało od tego. Dlatego też przeskakiwaliśmy z wątku na wątek. Przynajmniej rozmowa nie ustawała i cały czas dowiadywaliśmy się o sobie czegoś nowego. Chyba nie wspominał wcześniej, że ma siostrę. Ciekawe, czy starszą, czy młodszą... Może podpytam go o to potem.
— Tak, ślicznie... — Zerknęłam na Sama, gdy pojawił się za mną. Sam zyskał strój w podobnym klimacie. Obszerne, jedwabne spodnie, koszulę i welurową kamizelkę również obszytą tysiącem małych monetek. Zupełnie nie pasował mu taki egzotyczny styl. Parsknęłam cicho śmiechem, po czym zauważyłam swój nagi brzuch. W panice przeskoczyłam do kolejnego lustra. Miałam nadzieję, że Sam nie patrzył w dół. Na pewno patrzył. Przecież spoglądał na cały strój. Oh nie. Cóż za przeklęte lustro...
Ale prawdziwie przeklęte lustro pojawiło się dopiero przede mną. Krzyknęłam od razu w momencie, w którym pojawiłam się przed zwierciadłem. Odskoczyłam, zatykając sobie buzię rękoma. W odbiciu byłam jakimś nieumarłym stworem... Sina skóra marszczyła się i odpadała w kilku miejscach. Głowa była wyłysiała, oczy podkrążone... Nie mogłam na to patrzeć. Odwróciłam się i zacisnęłam oczy.
— Co za pomysł stawiać tu coś takiego... — jęknęłam, siląc się na optymizm. Lustro miało być pewnie niewinnym dowcipem i najprawdopodobniej przeraziłam się tak bardzo z powodu gwałtowności, z jaką się przed nim pojawiłam. Ale ta odpadająca skóra... Objęłam się ramionami, jak gdyby w obronie przed utratą warstwy pokrywającej moje ciało. Było paskudne, ale wolałam je mieć niż nie mieć. Wzięłam głęboki oddech. To nie czas i miejsce na smutki.
— A co do rysowania... — wróciłam do tematu, powoli kierując się w stronę kolejnego lustra. — To rysuję komiksy, wiesz, takie historyjki obrazkowe. Głównie w takim stylu rysuję też portrety, ale czasem też zdarzy mi się coś bardziej, hm, klasycznego... A co do Beltane, nie przejmuj się, nie miałam tam niczego szczególnie wartego uwagi — zaśmiałam się niezręcznie. Jak dobrze, że on nie widział tych cycatych bab i miernych akwarelek. Tak to jest, jak człowiek tworzy coś na szybko. Ale cóż innego miałam zrobić, skoro cały mój dorobek artystyczny spłonął... z moją farmą, codziennością i poczuciem, że mogę wyjść na ulicę bez wstydu.