14.05.2024, 19:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.05.2024, 19:30 przez Florence Bulstrode.)
– To rzeczywiście dziwne – przytaknęła Florence, przynajmniej pozornie odzyskując spokój. Usiadła tak jak zwykle, wyprostowana, mięśnie jej twarzy się rozluźniły. I tylko jasne, chłodne oczy, mierzyły Yaxley uważnym spojrzeniem, bo tak, w tej sprawie wszystko było dziwne. Wyczyny Thorana, to co wyczuła, gdy ten wszedł do jej gabinetu, fakt, że Geraldine nagle mówiła, że ma bliźniaczego brata. – Jestem pewna, że o nim nie wspominałaś.
Dostrzegała sińce pod oczami kobiety i jej zmęczenie. Już podczas ich drobnej podróży zdawała się zmęczona, jak gdyby coś ją gryzło, a tym pociągiem chciała na chwilę uciec od zmartwień. Może Florence powinna bardziej naciskać, by ta się jej zwierzyła, ale wolała pozwolić Yaxleyównie po prostu się zrelaksować. Zwłaszcza, że w ostatnim czasie problemy, sekrety, kłamstwa i smutek otaczały Florence ze wszystkich stron. Patrick i Atreus, i ich zimne dłonie. Orion, zżerany przez wyrzuty sumienia i obawę, kto w ich biurze mógł zdradzić. Laurent, którego ścigała przeszłość. Geraldine i ciążące nad nią zmartwienia.
Nic nie było dobrze, a Florence, która zawsze wiedziała, co robić, tym razem nie miała pojęcia, jak to naprawić.
– Kiedy pojawił się w moim gabinecie… Prosił o pomoc. Wiem, że to zabrzmi dziwnie, Geraldine, ale chociaż był bardzo uprzejmy i faktycznie nie wyglądał najlepiej, miałam od razu złe przeczucia – stwierdziła Florence. Niby nie chwaliła się talentem do jasnowidzenia na prawo i lewo, ale to że w rodzie Bulstrodów często otwierało się Trzecie Oko nie było sekretem – ba, w przeszłości aranżowano w rodzinie małżeństwa synów, jeśli tylko akurat jakaś jasnowidzka w odpowiednim wieku była na wydaniu, by ten talent podtrzymać. A Florence zdarzało się czasem odpowiedzieć na niezadane pytanie.
Przy Thoranie Yaxleyu nie zobaczyła niczego konkretnego. Może dlatego, że nie próbowała. Ale miała nieprzyjemne uczucie, że coś jest nie tak.
– Podałam mu środki przeciwbólowe i zwiotczające mięśnie, a kiedy odwróciłam się, rzucił na mnie urok. – Zamilkła na moment, zaciskając szczęki. Po trochu ze złości, po trochu, bo nagle do człowieka docierało w takich chwilach, jak źle to mogło się skończyć. Rzucił na nią tylko czar, przez który przez moment nie wiedziała, co dzieje się wokół, ale przecież mogło skończyć się znacznie gorzej. – Nie miałam okazji go zbadać, ale skoro rzucił takie zaklęcie, bardzo wątpliwe, by faktycznie coś mu dolegało. Gdy się ocknęłam, okazało się, że wyskoczył oknem. Zażył albo zabrał ze sobą sporo środków, które wyciągnął z szafek. Pusta strzykawka sugeruje, że spróbował przynajmniej jednego. Pomijając to, że to cenne zasoby szpitala, potrzebne chorym, ich nie wolno ze sobą mieszać, Geraldine. Jeśli je zażył, pobicie będzie najmniejszym z problemów, jakie ściągnął na swoją głowę. Skoro mimo środka zwiotczającego mięśnie skoczył z okna, prawdopodobnie ma wysoką odporność na eliksiry, ale to nie znaczy, że nie odczuje efektów ubocznych. Jeżeli natomiast planuje podać je komuś innemu…
Tutaj urwała i spojrzała na Geraline. Nie jakoś szczególnie wymownie, ale można było łatwo pojąć, co kryje się w ciszy, jaka nagle zapadła. Podając komuś te mikstu, Thoran Yaxley bez wątpienia zrobi mu krzywdę.
– Istnieje szansa, że ten cały Thoran po prostu postanowił zrobić na złość znajomej siostry, ale to nie czyni sytuacji mniej poważnej, Geraldine. A dlaczego miałby chcieć to zrobić? Na to pytanie nie mnie odpowiadać.
A może nawet czyniło ją poważniejszą? Grał w szpitalu ciężko chorego, rzucił urok na uzdrowicielkę, ukradł szpitalne zapasy. Jeżeli zrobił to po to, by dokuczyć siostrze… to w oczach Florence jedynym powodem, dla którego mógłby postąpić w ten sposób była nienawiść. Czysta nienawiść, każąca narazić się na niebezpieczeństwo, byleby dokuczyć tej drugiej osobie.
I z jakichś powodów, kiedy przypominała sobie oczu Thorana Yaxleya, miała dziwne przeczucie, że ten mężczyzna faktycznie mógłby nienawidzić swojej siostry.
Do samego szpiku kości.
Może dlatego nie powiedziała, że mają dokumenty Thorana. A może ponieważ Geraldine przez całe lata nie wspomniała ani słowem o tym swoim dziwnym bracie i Florence już sama nie wiedziała, co to wszystko znaczy…?
Dostrzegała sińce pod oczami kobiety i jej zmęczenie. Już podczas ich drobnej podróży zdawała się zmęczona, jak gdyby coś ją gryzło, a tym pociągiem chciała na chwilę uciec od zmartwień. Może Florence powinna bardziej naciskać, by ta się jej zwierzyła, ale wolała pozwolić Yaxleyównie po prostu się zrelaksować. Zwłaszcza, że w ostatnim czasie problemy, sekrety, kłamstwa i smutek otaczały Florence ze wszystkich stron. Patrick i Atreus, i ich zimne dłonie. Orion, zżerany przez wyrzuty sumienia i obawę, kto w ich biurze mógł zdradzić. Laurent, którego ścigała przeszłość. Geraldine i ciążące nad nią zmartwienia.
Nic nie było dobrze, a Florence, która zawsze wiedziała, co robić, tym razem nie miała pojęcia, jak to naprawić.
– Kiedy pojawił się w moim gabinecie… Prosił o pomoc. Wiem, że to zabrzmi dziwnie, Geraldine, ale chociaż był bardzo uprzejmy i faktycznie nie wyglądał najlepiej, miałam od razu złe przeczucia – stwierdziła Florence. Niby nie chwaliła się talentem do jasnowidzenia na prawo i lewo, ale to że w rodzie Bulstrodów często otwierało się Trzecie Oko nie było sekretem – ba, w przeszłości aranżowano w rodzinie małżeństwa synów, jeśli tylko akurat jakaś jasnowidzka w odpowiednim wieku była na wydaniu, by ten talent podtrzymać. A Florence zdarzało się czasem odpowiedzieć na niezadane pytanie.
Przy Thoranie Yaxleyu nie zobaczyła niczego konkretnego. Może dlatego, że nie próbowała. Ale miała nieprzyjemne uczucie, że coś jest nie tak.
– Podałam mu środki przeciwbólowe i zwiotczające mięśnie, a kiedy odwróciłam się, rzucił na mnie urok. – Zamilkła na moment, zaciskając szczęki. Po trochu ze złości, po trochu, bo nagle do człowieka docierało w takich chwilach, jak źle to mogło się skończyć. Rzucił na nią tylko czar, przez który przez moment nie wiedziała, co dzieje się wokół, ale przecież mogło skończyć się znacznie gorzej. – Nie miałam okazji go zbadać, ale skoro rzucił takie zaklęcie, bardzo wątpliwe, by faktycznie coś mu dolegało. Gdy się ocknęłam, okazało się, że wyskoczył oknem. Zażył albo zabrał ze sobą sporo środków, które wyciągnął z szafek. Pusta strzykawka sugeruje, że spróbował przynajmniej jednego. Pomijając to, że to cenne zasoby szpitala, potrzebne chorym, ich nie wolno ze sobą mieszać, Geraldine. Jeśli je zażył, pobicie będzie najmniejszym z problemów, jakie ściągnął na swoją głowę. Skoro mimo środka zwiotczającego mięśnie skoczył z okna, prawdopodobnie ma wysoką odporność na eliksiry, ale to nie znaczy, że nie odczuje efektów ubocznych. Jeżeli natomiast planuje podać je komuś innemu…
Tutaj urwała i spojrzała na Geraline. Nie jakoś szczególnie wymownie, ale można było łatwo pojąć, co kryje się w ciszy, jaka nagle zapadła. Podając komuś te mikstu, Thoran Yaxley bez wątpienia zrobi mu krzywdę.
– Istnieje szansa, że ten cały Thoran po prostu postanowił zrobić na złość znajomej siostry, ale to nie czyni sytuacji mniej poważnej, Geraldine. A dlaczego miałby chcieć to zrobić? Na to pytanie nie mnie odpowiadać.
A może nawet czyniło ją poważniejszą? Grał w szpitalu ciężko chorego, rzucił urok na uzdrowicielkę, ukradł szpitalne zapasy. Jeżeli zrobił to po to, by dokuczyć siostrze… to w oczach Florence jedynym powodem, dla którego mógłby postąpić w ten sposób była nienawiść. Czysta nienawiść, każąca narazić się na niebezpieczeństwo, byleby dokuczyć tej drugiej osobie.
I z jakichś powodów, kiedy przypominała sobie oczu Thorana Yaxleya, miała dziwne przeczucie, że ten mężczyzna faktycznie mógłby nienawidzić swojej siostry.
Do samego szpiku kości.
Może dlatego nie powiedziała, że mają dokumenty Thorana. A może ponieważ Geraldine przez całe lata nie wspomniała ani słowem o tym swoim dziwnym bracie i Florence już sama nie wiedziała, co to wszystko znaczy…?