14.05.2024, 19:36 ✶
Kolejną rzeczą, jaką Degenhardt w sobie odkrył, było to, że miał w głębokim poważaniu to, jakoby Geraldine cokolwiek w nim doceniała. Mogłaby powiedzieć mu teraz najpiękniejsze z najpiękniejszych komplementów, uznać jego wyższość, popłakać się - nic nigdy nie potrafiło przynieść mu tyle satysfakcji, co doświadczenia zapisane przez niego na pięciolinii wzbudzające w ludziach emocje dalekie od podziwu. Strach, terror, bezlitosny ucisk strachu na twojej szyi - oto jego poematy, jego uniesienie, ścieżka, jaką chciał kroczyć - czymże były jego charakter, dusza, ciało - skorupą stworzoną po to, aby mogła wykreować coś ponad obecne ludzkie wyobrażenie o bólu tego świata. To nie była jej wina - po prostu jeszcze nie zrozumiała tego, że była jedynie jednym z tych widzów siedzących w tylnym rzędzie - ich dusze ze sobą nie rezonowały. Wciąż jednak mogła się przerazić, do tego nie musieli być przyjaciółmi.
- Wspaniale, nie będę się więc powstrzymywał - przyznał z kompletną obojętnością.
Jej wulgaryzmy brzmiały inaczej, chociaż istniała pomiędzy nimi jakaś linia podobieństwa. Dwójka buntowników z dobrych domów, narzucających im złe nawyki. Tylko że Yaxley pachniała lasem, przywodziła mu na myśl obrazy kobiet-wojowniczek przedzierających się przez łąki, pola i święte, słodkopierdzące gaje - mogłaby mieć też na nazwisko Meadowes, miałaby wtedy trochę mniej pieniędzy i lepiej wpisywała się w klimat tego jak mówiła. On pachniał wodą kolońską, wyższymi sferami, do których wyjątkowo pasował, chociaż uparcie mówił sobie, że mu na tym nie zależy, a poza tym był stworzony do czegoś większego niż wylegiwanie się na sofie i picie wina w zamian za przynoszące zyski, ale piekielnie nudne występy fortepianowe. Dwoje rozwydrzonych, rozpieszczonych dzieciaków, a jednak stojąc obok siebie, wyglądali jak z innych światów.
- Dobrze więc - skinął głową, po czym wyciągnął z wewnętrznej kieszeni czarodziejskiej szaty karteczkę z adresem. - Założyłem, że nie umie się panna dostać na Ścieżki, proszę się tu teleportować i poczekać, ja zaś... chyba się tego panna spodziewała - obiorę nieco okrężną drogę. Moja obecność podobno nie sprzyja dobremu samopoczuciu odwiedzających Magiczne Dzielnice. - Zaczesał za ucho kosmyk przydługich już włosów. Wyglądał jak artysta - miał w sobie, mimo generalnego ułożenia i dobrej prezencji, jakąś nutę ekscentryzmu, skrytą głęboko za absolutną pustką niebieskich oczu. - Sugeruję założyć kaptur... - dodał cicho, jakby do siebie.
- Wspaniale, nie będę się więc powstrzymywał - przyznał z kompletną obojętnością.
Jej wulgaryzmy brzmiały inaczej, chociaż istniała pomiędzy nimi jakaś linia podobieństwa. Dwójka buntowników z dobrych domów, narzucających im złe nawyki. Tylko że Yaxley pachniała lasem, przywodziła mu na myśl obrazy kobiet-wojowniczek przedzierających się przez łąki, pola i święte, słodkopierdzące gaje - mogłaby mieć też na nazwisko Meadowes, miałaby wtedy trochę mniej pieniędzy i lepiej wpisywała się w klimat tego jak mówiła. On pachniał wodą kolońską, wyższymi sferami, do których wyjątkowo pasował, chociaż uparcie mówił sobie, że mu na tym nie zależy, a poza tym był stworzony do czegoś większego niż wylegiwanie się na sofie i picie wina w zamian za przynoszące zyski, ale piekielnie nudne występy fortepianowe. Dwoje rozwydrzonych, rozpieszczonych dzieciaków, a jednak stojąc obok siebie, wyglądali jak z innych światów.
- Dobrze więc - skinął głową, po czym wyciągnął z wewnętrznej kieszeni czarodziejskiej szaty karteczkę z adresem. - Założyłem, że nie umie się panna dostać na Ścieżki, proszę się tu teleportować i poczekać, ja zaś... chyba się tego panna spodziewała - obiorę nieco okrężną drogę. Moja obecność podobno nie sprzyja dobremu samopoczuciu odwiedzających Magiczne Dzielnice. - Zaczesał za ucho kosmyk przydługich już włosów. Wyglądał jak artysta - miał w sobie, mimo generalnego ułożenia i dobrej prezencji, jakąś nutę ekscentryzmu, skrytą głęboko za absolutną pustką niebieskich oczu. - Sugeruję założyć kaptur... - dodał cicho, jakby do siebie.
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me