Niektórzy rodzice mieli tendencje do podcinania dzieciakom skrzydeł. Geraldine nigdy nie mogła narzekać na swojego ojca. Gerard wykazywał się ogromnym zrozumieniem co do jej zachcianek, pozwalał jej podążać ścieżką, która wybrała, może przez to, że sam ją nauczył tego wszystkiego. Matka może nie była do końca zadowolona, nadal powtarzała jej o tym, że jej czas się zbliża, że powinna wyjść za mąż i podobne farmazony, przez co trochę unikała domu rodzinnego, jednak ojciec zawsze był jej podporą. Nigdy jej nie ograniczał, reagował z entuzjazmem na każdy jej pomysł związany z ich rodzinną działalnością. Był z niej dumny. Kochała go bardzo mocno, zresztą dlatego tak głowiła się nad tym, co ostatnio jej powiedział. Kupił jej konia, bo powiedziała mu, że ma chęć nauczyć się jeździć, nie byle jakiego konia, wspaniały okaz, zresztą durnie ubarwiony, kojarzył się ze skunksem, nie bez powodu, w końcu ona zamieniała się w to zwierzę pod swoją animagiczną postacią. Myślała o tym wszystkim, co działo się w jej życiu nad tą szklanką, która powoli robiła się już pusta.
Już miała machnąć ręką, żeby poprosić poczciwego Finna o kolejną szklankę whisky, ale ktoś wbił jej się w kolejkę, poczekała więc, aż mężczyzna zamówi na co ma ochotę. Przyglądała mu się przy tym przez chwilę, już miała się odezwać do właściciela Kotła, kiedy tamten obcy wyciągnął różdżkę i oczyścił powietrze. Posłała mu mordercze spojrzenie, po czym zgasiła peta w popielniczce, która przed nią stała. - Wystarczyło się odezwać, to przedstawienie wcale nie było potrzebne. - Wysyczała przez zęby z niezbyt przyjacielską miną. Nie znosiła takiego demonstrowania niezadowolenia, zdecydowanie wolała bezpośredniość.