15.05.2024, 10:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.05.2024, 10:39 przez Florence Bulstrode.)
Rzucam sobie pod edycję na jasnowidzenie
Florence uważała, że jest bardzo rozsądną osobą. Nigdy celowo nie szukała kłopotów i ogólnie rzecz biorąc to raczej udzielała pomocy tym, którzy w nie wpadli. W tej chwili jednak kłopoty przyszły do nich i należało się z nimi uporać. Na środku kliniki nie mogła szaleć burza, a chociaż uzdrowicielka nie była pewna, czy podchodzenie do pana Clarka jest najlepszym możliwym wyborem, to gdyby się o to wykłócała, Basilius mógłby zrobić dokładnie to samo, co ona – czyli po prostu wejść na niebezpieczny teren. A Florence wobec swoich krewnych bywała odrobinę nadopiekuńcza.
Poza tym święcie wierzyła, że Ona Zrobi To Lepiej.
– Proszę się nie przejmować – zapewniła uprzejmie. – Burza już mija. Niech pan wstanie. Przejdziemy do gabinetu, zająć się pańskimi dłońmi.
A właściwie to do izolatki, gdzie te błyskawice nikogo nie zabiją, uzupełniła w myślach. Po czym poruszyła się, jak na siebie szybkim ruchem, dość gwałtownie, na chwilę zanim błyskawica uderzyła.
Bo przecież to nie tak, że weszła tutaj całkiem bez namysłu i nie mając żadnych przesłanek do założenia, że poradzi sobie lepiej. Była córką Prewettówny, ale była też dzieckiem Bulstrodów. A jasnowidzenie, wbrew pozorom, było bardzo przydatne w szpitalu.
To nie tak, że się nie przelękła. Serce zatłukło się szaleńczo w piersi Florence, żołądek skurczył się boleśnie, i cieszyła się teraz ze specjalnych podeszw butów, bo inaczej kto wie, czy po wodzie i tak nie przemknęłyby wyładowania. Ale miała opanowane udawanie przed pacjentami, że wszystko jest w porządku. Oni musieli wierzyć, że uzdrowiciel jest spokojny, nawet jeżeli absolutnie nie był. Spojrzenie Bulstrode powróciło więc ku mężczyźnie, i jasne oczy kobiety sięgnęły w przyszłość.
On naprawdę chciał stąd iść, ale uderzenie błyskawicy znów go zestresowało.
– Zapraszam, panie Clark. Tutaj, do tamtej sali – oświadczyła stanowczo, a on wreszcie podniósł się. Przemoknięty, poraniony, trzęsący się ze strachu. – Proszę przodem – zakomenderowała. Nie patrzyła na kuzyna, ale wierzyła, że ten zajmie się tą przeklętą chmurą, kiedy ona zabierze się za ogarnianie. – Stacey, niech ktoś przyniesie proszę eliksir na nerwy – rzuciła jeszcze, ruszając za pacjentem. Najpierw trzeba było go uspokoić, później zająć się tymi poparzeniami, a następnie… następnie nie zaszkodzi dowiedzieć się więcej na temat tego, w jaki sposób objawiała się u niego klątwa. Ostatecznie obarczonych nią osób nie spotykało się codziennie.
Rzut Z 1d100 - 82
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 79
Sukces!
Sukces!
Florence uważała, że jest bardzo rozsądną osobą. Nigdy celowo nie szukała kłopotów i ogólnie rzecz biorąc to raczej udzielała pomocy tym, którzy w nie wpadli. W tej chwili jednak kłopoty przyszły do nich i należało się z nimi uporać. Na środku kliniki nie mogła szaleć burza, a chociaż uzdrowicielka nie była pewna, czy podchodzenie do pana Clarka jest najlepszym możliwym wyborem, to gdyby się o to wykłócała, Basilius mógłby zrobić dokładnie to samo, co ona – czyli po prostu wejść na niebezpieczny teren. A Florence wobec swoich krewnych bywała odrobinę nadopiekuńcza.
Poza tym święcie wierzyła, że Ona Zrobi To Lepiej.
– Proszę się nie przejmować – zapewniła uprzejmie. – Burza już mija. Niech pan wstanie. Przejdziemy do gabinetu, zająć się pańskimi dłońmi.
A właściwie to do izolatki, gdzie te błyskawice nikogo nie zabiją, uzupełniła w myślach. Po czym poruszyła się, jak na siebie szybkim ruchem, dość gwałtownie, na chwilę zanim błyskawica uderzyła.
Bo przecież to nie tak, że weszła tutaj całkiem bez namysłu i nie mając żadnych przesłanek do założenia, że poradzi sobie lepiej. Była córką Prewettówny, ale była też dzieckiem Bulstrodów. A jasnowidzenie, wbrew pozorom, było bardzo przydatne w szpitalu.
To nie tak, że się nie przelękła. Serce zatłukło się szaleńczo w piersi Florence, żołądek skurczył się boleśnie, i cieszyła się teraz ze specjalnych podeszw butów, bo inaczej kto wie, czy po wodzie i tak nie przemknęłyby wyładowania. Ale miała opanowane udawanie przed pacjentami, że wszystko jest w porządku. Oni musieli wierzyć, że uzdrowiciel jest spokojny, nawet jeżeli absolutnie nie był. Spojrzenie Bulstrode powróciło więc ku mężczyźnie, i jasne oczy kobiety sięgnęły w przyszłość.
On naprawdę chciał stąd iść, ale uderzenie błyskawicy znów go zestresowało.
– Zapraszam, panie Clark. Tutaj, do tamtej sali – oświadczyła stanowczo, a on wreszcie podniósł się. Przemoknięty, poraniony, trzęsący się ze strachu. – Proszę przodem – zakomenderowała. Nie patrzyła na kuzyna, ale wierzyła, że ten zajmie się tą przeklętą chmurą, kiedy ona zabierze się za ogarnianie. – Stacey, niech ktoś przyniesie proszę eliksir na nerwy – rzuciła jeszcze, ruszając za pacjentem. Najpierw trzeba było go uspokoić, później zająć się tymi poparzeniami, a następnie… następnie nie zaszkodzi dowiedzieć się więcej na temat tego, w jaki sposób objawiała się u niego klątwa. Ostatecznie obarczonych nią osób nie spotykało się codziennie.