Po całym dniu pracy w Ministerstwie Magii, jedyne czego pragnął Erik, to zatopić się w fotelu z filiżanką dobrej herbaty i kocem na kolanach. Nie wzgardziłby też jakąś smaczną przekąską przyniesioną z kuchni, do której nadal miał kompletny zakaz wstępu. Oby ta jutrzejsza kontrola coś dała, pomyślał, gdy otrząsnął się z teleportacji pod rodzinną posiadłość. Na następny dzień miał umówione spotkanie z Castielem i wiązał z tym wydarzeniem spore nadzieje w kwestii swojego stanu zdrowia. Schował różdżkę do kieszeni i wkroczył do środka, zupełnie nie spodziewając się tego, co miał za chwilę ujrzeć.
Nie zdążył nawet pokonać połowy korytarza, gdy z salonu dobiegł go głos Brenny. Machinalnie uśmiechnął się na jego brzmienie, jednak nieco spochmurniał, gdy zrozumiał znaczenie słów siostry. Zmarszczył brwi. Jeśli była jedna rzecz, która do niej nie pasowała, to było to niezdecydowanie. Ona zazwyczaj chciała ponad miarę, więc szybciej by uwierzył, że zdecydowała się na obie potencjalne opcje przy jakimś dylemacie, niż na wybranie jednej konkretnej.
— Może jakieś smażone ziemniaki z mięsem? Jakoś wystarczy mi zup na najbliższe parę dni — rzucił w głąb domu, ściągając zabłocone buty. Uroki życia w Anglii i wczesnej wiosny. Czasami padało. Zawiesił płaszcz na wieszaku. Co się zaś tyczyło jego słów, to sądził, że mówi o jedzeniu. Zbliżała się pora obiadu, więc pomyślał, że chodzi o kwestie kulinarne. — Chyba że nie chcesz siedzieć przy garach, to mogę jeszcze skoczyć do knajpy i coś nam przynie.... Łał.
Zatrzymał się w salonie, stając za kanapą i omiótł wzrokiem całe pomieszczenie. Pierwsze co rzuciło mu się w oczy to brak dywanu, który sprawił, że wnętrze stało się dużo bardziej surowe. Brak krzeseł również wzmacniał to poczucie, a krąg widmowidza... Krąg widzmowidza, powtórzył w myślach, przechylając głowę w bok, aby wbić spojrzenie w siostrę. Czyżby w pracy doszło do jakiegoś nagłego wypadku, że zdecydowała się sięgnąć po tego typu środki?
— Nie chodzi o obiad, prawda? — spytał, chociaż odpowiedź zdawała się oczywista.
Przeskoczył przez oparcie i wylądował obok siostry, na szczęście nie przygniatając adoptowanego niedawno psa. Podrapał zwierzaka za uchem, mając nadzieję, że ten od razu nie zwieje, gdzie pieprz rośnie. Chociaż minęło zaledwie parę dni, adopcja zdecydowanie była jedną z lepszych decyzji, jakie wspólnie podjęli w tym roku. Uśmiechnął się pod nosem, chociaż przez widok nierozpalonych świec, ciężko mu było zachować pogodę ducha.
— Zazwyczaj nie masz takich rozterek, więc zakładam, że chodzi o coś poważnego lub bardzo niespodziewanego. — Uniósł lekko brew. — Z czym mamy do czynienia?
Wbił wzrok w Bren, starając się wydedukować, czego dotyczy problem, skoro chciała sięgnąć po swój dar. Czyżby z archiwów wyciągnięto jakąś dawną sprawę i teraz walczyła z własną dumą? Ktoś jej wytknął jakiś błąd? A może dalsza rodzina się odezwała i chciała jakiejś drobnej przysługi?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞