15.05.2024, 11:27 ✶
Błękitna toń. Błękitny nieboskłon? Chłód zimy? Pocałunek wieczności?
Och nie, to z pewnością była pomyłka, niedopatrzenie, wszak oczy poszarpanego przez los młodzieńca były zdecydowanie ciemniejsze, spalały się na jego oczach niczym jasne krogulcze pióra zawłaszczone przez uścisk płomieni. Czerń źrenicy zalała niemal całe oko, pozwalając tylko cienkiej obręczy brązu na pozostanie w zasięgu percepcji. Twarz wydłużyła się i momentalnie obrosła futrem, zgrabny ludzki nos stał się mokrą, żłobioną czernią, z zainteresowaniem wchłaniającą zapach wisielca. Twarz, zgięcie szyi pierś. Niedźwiedź był bardzo pokojowo nastawiony, nawet jeśli stawał na dwóch łapach, by sięgnąć do nóg, ocierając się miękkim futrem o bezwolne ciało.
Samuel pytał, ale tak na prawdę chciał tylko uprzedzić, że będzie niedźwiedziem. Wszak transmutowanie, niekończąca zmienna form była rozwiązaniem uniwersalnym i niemal zawsze skutecznym. Po co podawać umęczonemu jego własną różdżkę, skoro samemu mógł się zająć problemem. Skoro wisielec był jak gruszka zawieszona na drzewie, tak słodko czekająca by wgryźć w nią zęby.
Łapska, mimo sążnistych rozmiarów całej bestii nie sięgały do kostek, choć prężył się i próbował ogarnąć tą linę, przy akompaniamencie własnych niezadowolonych pomruków i niedźwiedzich kwęków. Parsknął w końcu gdy jasnym się stało, że pułapka zyskała magiczne wzmocnienie. Cóż, magię magią mógł przeciąć, ale pod tym względem wolałby robić to już z ziemi. A jakoś nieszczęśnika na tę ziemię trzeba było całego sprowadzić. Chwile pomyślał, forma nie sprzyjała za bardzo tworzeniu rozbudowanych koncepcji. Siła i masa - to były jego atrybuty, a nie rozbuchany intelekt. A w obecnej postaci misio był półtonowym wsparciem, dla którego taka gałąź do której przymocowana była lina nie stanowiła większego problemu. Wątpił, aby ktoś wzmacniał gałąź.
Wybacz drzewo, przyjmij moją skruchę
Jestem z Tobą, jestem z Twoim duchem
Wybacz za boleść Tobie zadaną
Niech Twoja rana, będzie moją raną...
Laurent poczuł jak łapy zaopatrzone w wielkie sążniste pazury zaciskają się na jego kostkach a potem miś zawisł na nim. Konar bez większego ostrzeżenia trzasnął pod naporem tego obciążenia, a wielka futrzasta kulka momentalnie objęła wątłe ciało mężczyzny zamykając je w środku ciepłego uścisku, chroniąc go i własną głowę, przed uderzeniem opadającej kończyny.
Och nie, to z pewnością była pomyłka, niedopatrzenie, wszak oczy poszarpanego przez los młodzieńca były zdecydowanie ciemniejsze, spalały się na jego oczach niczym jasne krogulcze pióra zawłaszczone przez uścisk płomieni. Czerń źrenicy zalała niemal całe oko, pozwalając tylko cienkiej obręczy brązu na pozostanie w zasięgu percepcji. Twarz wydłużyła się i momentalnie obrosła futrem, zgrabny ludzki nos stał się mokrą, żłobioną czernią, z zainteresowaniem wchłaniającą zapach wisielca. Twarz, zgięcie szyi pierś. Niedźwiedź był bardzo pokojowo nastawiony, nawet jeśli stawał na dwóch łapach, by sięgnąć do nóg, ocierając się miękkim futrem o bezwolne ciało.
Samuel pytał, ale tak na prawdę chciał tylko uprzedzić, że będzie niedźwiedziem. Wszak transmutowanie, niekończąca zmienna form była rozwiązaniem uniwersalnym i niemal zawsze skutecznym. Po co podawać umęczonemu jego własną różdżkę, skoro samemu mógł się zająć problemem. Skoro wisielec był jak gruszka zawieszona na drzewie, tak słodko czekająca by wgryźć w nią zęby.
Łapska, mimo sążnistych rozmiarów całej bestii nie sięgały do kostek, choć prężył się i próbował ogarnąć tą linę, przy akompaniamencie własnych niezadowolonych pomruków i niedźwiedzich kwęków. Parsknął w końcu gdy jasnym się stało, że pułapka zyskała magiczne wzmocnienie. Cóż, magię magią mógł przeciąć, ale pod tym względem wolałby robić to już z ziemi. A jakoś nieszczęśnika na tę ziemię trzeba było całego sprowadzić. Chwile pomyślał, forma nie sprzyjała za bardzo tworzeniu rozbudowanych koncepcji. Siła i masa - to były jego atrybuty, a nie rozbuchany intelekt. A w obecnej postaci misio był półtonowym wsparciem, dla którego taka gałąź do której przymocowana była lina nie stanowiła większego problemu. Wątpił, aby ktoś wzmacniał gałąź.
Wybacz drzewo, przyjmij moją skruchę
Jestem z Tobą, jestem z Twoim duchem
Wybacz za boleść Tobie zadaną
Niech Twoja rana, będzie moją raną...
Laurent poczuł jak łapy zaopatrzone w wielkie sążniste pazury zaciskają się na jego kostkach a potem miś zawisł na nim. Konar bez większego ostrzeżenia trzasnął pod naporem tego obciążenia, a wielka futrzasta kulka momentalnie objęła wątłe ciało mężczyzny zamykając je w środku ciepłego uścisku, chroniąc go i własną głowę, przed uderzeniem opadającej kończyny.