23.12.2022, 03:33 ✶
Patrick wygiął wargi, uśmiechając się gorzko, bardzo gorzko, i wcale nie z rozbawieniem. Problem w tym, że w tej chwili wcale nie wiedział, czy w ogóle chciał być jeszcze Patrickiem Stewardem. Tyle myślał o Clare i o ich sytuacji, tyle razy zastanawiał się jak powinien postąpić, że kiedy wreszcie podjął decyzję…
Zamknął oczy.
Chciał rozstać się z Clare, ale nigdy, nawet najbardziej wściekły i rozżalony, nie chciał by umarła. Zrywając, pogodził się nawet z myślą, że kiedyś staną naprzeciwko siebie i ona zrozumie, że tak trzeba było. Nie zaprzyjaźnią się, a on dalej będzie ją kochał, ale będą się przynajmniej darzyli szacunkiem.
Nie potrafił być tym drugim. Nie chciał się w tym odnajdować. Nie chciał nawet podejmować próby takiej relacji. Bo jak często i jak głośno się nie śmiał, do pewnych spraw podchodził śmiertelnie poważnie. Do związków podchodził w taki sposób. Był wierny, do bólu wręcz monogamiczny i zapatrzony w kobietę, z którą się spotykał. Ba, gdyby go nawet postawiono na ślubnym kobiercu z zupełnie obcą kobietą, jej również byłby wierny i próbowałby stworzyć z nią rodzinę. Związek z Clare trwał latami, a on chociaż od pewnego czasu wiedział o tym, że była zaręczona z innym, ciągle liczył na to, że zaręczyny nie zakończą się ślubem. Liczył na to do samego końca. Bo ślub miała wziąć z nim. Mieli mieć szczęśliwe zakończenie.
- Nie mogę jej darować, że się zabiła – wymamrotał, wypowiadając wreszcie te straszne słowa, które chodziły mu ciągle po głowie. Głos miał przytłumiony przez to, że mówił właściwie w płaszcz Florence, zbyt spięty, rozgniewany, przerażony i rozżalony jednocześnie by wydusić to z siebie, patrząc jej prosto w oczy. - Po prostu nie mogę jej tego darować.
Nieszczęśliwy wypadek był czymś zupełnie innym niż samobójstwo. A im dłużej Patrick myślał o tym, że Clare odebrała sobie życie, tym większy miał mętlik w głowie. Z jednej strony rosła w nim wściekłość na nią i bunt przed sytuacją, w której się sam znalazł. Z drugiej, zastanawiał się, czy czasem, choć wiedziony najlepszymi chęciami, nie doprowadził jej do ostateczności. Może powinien porzucić swoje marzenia o żonie i dzieciach i jednak zadowolić się rolą tego drugiego? Jakoś by się przecież w to wtłoczył, gdyby naprawdę musiał. Przecież całkiem nieźle potrafił się ukrywać...
- Wiem. I dziękuję, że się tu zjawiłaś – powiedział cicho. Paradoksalnie, zrobiło mu się trochę lepiej, kiedy się nie odsunęła. Nie traktował uścisku, w którym trwali bratersko lub matczynie; raczej jak zaznaczenie, namacalnej obecności; chwilowe poczucie, że naprawdę nie był sam, chociaż trochę był sam, bo ani nie mógł oficjalnie przeżyć żałoby po zmarłej, ani nawet nie powinien tego robić. – Nie chcę wracać do domu. Nie chcę wracać do mieszkania. W domu musiałbym tłumaczyć wszystko dziadkom. W mieszkaniu będzie za cicho.
I pewnie to było właśnie powodem, dla którego wolał siedzieć nocą, w zaśnieżonym parku na ławce.
Zamknął oczy.
Chciał rozstać się z Clare, ale nigdy, nawet najbardziej wściekły i rozżalony, nie chciał by umarła. Zrywając, pogodził się nawet z myślą, że kiedyś staną naprzeciwko siebie i ona zrozumie, że tak trzeba było. Nie zaprzyjaźnią się, a on dalej będzie ją kochał, ale będą się przynajmniej darzyli szacunkiem.
Nie potrafił być tym drugim. Nie chciał się w tym odnajdować. Nie chciał nawet podejmować próby takiej relacji. Bo jak często i jak głośno się nie śmiał, do pewnych spraw podchodził śmiertelnie poważnie. Do związków podchodził w taki sposób. Był wierny, do bólu wręcz monogamiczny i zapatrzony w kobietę, z którą się spotykał. Ba, gdyby go nawet postawiono na ślubnym kobiercu z zupełnie obcą kobietą, jej również byłby wierny i próbowałby stworzyć z nią rodzinę. Związek z Clare trwał latami, a on chociaż od pewnego czasu wiedział o tym, że była zaręczona z innym, ciągle liczył na to, że zaręczyny nie zakończą się ślubem. Liczył na to do samego końca. Bo ślub miała wziąć z nim. Mieli mieć szczęśliwe zakończenie.
- Nie mogę jej darować, że się zabiła – wymamrotał, wypowiadając wreszcie te straszne słowa, które chodziły mu ciągle po głowie. Głos miał przytłumiony przez to, że mówił właściwie w płaszcz Florence, zbyt spięty, rozgniewany, przerażony i rozżalony jednocześnie by wydusić to z siebie, patrząc jej prosto w oczy. - Po prostu nie mogę jej tego darować.
Nieszczęśliwy wypadek był czymś zupełnie innym niż samobójstwo. A im dłużej Patrick myślał o tym, że Clare odebrała sobie życie, tym większy miał mętlik w głowie. Z jednej strony rosła w nim wściekłość na nią i bunt przed sytuacją, w której się sam znalazł. Z drugiej, zastanawiał się, czy czasem, choć wiedziony najlepszymi chęciami, nie doprowadził jej do ostateczności. Może powinien porzucić swoje marzenia o żonie i dzieciach i jednak zadowolić się rolą tego drugiego? Jakoś by się przecież w to wtłoczył, gdyby naprawdę musiał. Przecież całkiem nieźle potrafił się ukrywać...
- Wiem. I dziękuję, że się tu zjawiłaś – powiedział cicho. Paradoksalnie, zrobiło mu się trochę lepiej, kiedy się nie odsunęła. Nie traktował uścisku, w którym trwali bratersko lub matczynie; raczej jak zaznaczenie, namacalnej obecności; chwilowe poczucie, że naprawdę nie był sam, chociaż trochę był sam, bo ani nie mógł oficjalnie przeżyć żałoby po zmarłej, ani nawet nie powinien tego robić. – Nie chcę wracać do domu. Nie chcę wracać do mieszkania. W domu musiałbym tłumaczyć wszystko dziadkom. W mieszkaniu będzie za cicho.
I pewnie to było właśnie powodem, dla którego wolał siedzieć nocą, w zaśnieżonym parku na ławce.