15.05.2024, 15:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.05.2024, 15:25 przez Florence Bulstrode.)
- Nie pamiętam zaręczyn twojego brata. Nie wiedziałam, że jego narzeczona uciekła. Do wczoraj nie wiedziałam nawet, że on istnieje - wyliczyła Florence. Wciąż ze spokojem, choć był to spokój pozorny. Każda kolejna informacja tylko dokładała następny kamyczek do ogólnej dziwności tej sytuacji.
*
Cofnęła się od okna, znikając za zasłoną. Wiedziała, że nic więcej nie zobaczy, próbując dostrzec, co czeka Thorana i co ten planuje, a jakieś nieprzyjemne przeczucie podpowiadało, że jeszcze chwila a on uniesie głowę i spojrzy prosto na nią.
Wzdragała się przed tym, by mieć z nim znowu do czynienia, a przecież Florence naprawdę nie była tchórzem. Nie było w niej typowej gryfońskiej odwagi, nie istnieli jednak ludzie, którzy wzbudzaliby w jej sercu przestrach. Może – tylko może – Voldemort i jego plany, to było jednak coś zupełnie innego.
- Nie. To oznacza, że ma przed sobą przyszłości, które zdają się nie należeć do jednej osoby - sprostowała Florence. To nie było idealne wyjaśnienie, ale najlepiej oddawało to, co czuła, gdy usiłowała dostrzec splątane losy Thorana. - Jakby miał intencje... nie tylko własne. To nie powinno być możliwe. Chyba że w jakiś przedziwny, nieznany mi sposób zabezpieczył się przed tym, by ktoś przejrzał jego plany.
Florence zawahała się. A potem spojrzała na Geraldine, skupiając na niej uważne spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, tak typowych w ich rodzinie.
Próbując dostrzec nie przyszłość Thorana, a to czekało jego "siostrę".
I ledwo sekundę później nogi się pod nią ugięły i cofnęła się, by usiąść – obojętnie na czym, krześle, łóżku, fotelu, podłodze choćby, bo wiedziała, że nie ustoi o własnych siłach. Dłoń przycisnęła do ust, czując, jak ogarniają ją mdłości. A Florence Bulstrode nie robiło się przecież słabo - i na pewno nigdy nie robiło się jej niedobrze. Była uzdrowicielką. Bez mrugnięcia okiem leczyła gnijące rany, zdejmowała klątwy deformujące ciało, w Kniei Godryka z zaciętym wyrazem twarzy i chłodem w sercu zbierała z ziemi poszarpane szczątki rozerwanego na strzępy człowieka. Widziała różne rzeczy, a charakter miała ze stali, znacznie silniejsze niż ciało.
Trochę chodziło o ten widok, trochę o to, że to była Geraldine, nie ktoś obcy, trochę o to, że wizja była czymś... czego doświadczałeś nawet głębiej niż po prostu na coś patrząc. W głowie wciąż jej wirowało, a dostrzeżony obraz zdawał się na dobre utrwalony pod powiekami.
Florence wyciągnęła rękę, gwałtownym gestem, jej palce zacisnęły się na nadgarstku łowczyni z siłą, jakiej ciężko byłoby się po Florence spodziewać.
– Ta istota z twojego snu, która wyrwała ci serce. Była ciemna? Nie miała konkretnego kształtu? - spytała z naciskiem.
*
Cofnęła się od okna, znikając za zasłoną. Wiedziała, że nic więcej nie zobaczy, próbując dostrzec, co czeka Thorana i co ten planuje, a jakieś nieprzyjemne przeczucie podpowiadało, że jeszcze chwila a on uniesie głowę i spojrzy prosto na nią.
Wzdragała się przed tym, by mieć z nim znowu do czynienia, a przecież Florence naprawdę nie była tchórzem. Nie było w niej typowej gryfońskiej odwagi, nie istnieli jednak ludzie, którzy wzbudzaliby w jej sercu przestrach. Może – tylko może – Voldemort i jego plany, to było jednak coś zupełnie innego.
- Nie. To oznacza, że ma przed sobą przyszłości, które zdają się nie należeć do jednej osoby - sprostowała Florence. To nie było idealne wyjaśnienie, ale najlepiej oddawało to, co czuła, gdy usiłowała dostrzec splątane losy Thorana. - Jakby miał intencje... nie tylko własne. To nie powinno być możliwe. Chyba że w jakiś przedziwny, nieznany mi sposób zabezpieczył się przed tym, by ktoś przejrzał jego plany.
Florence zawahała się. A potem spojrzała na Geraldine, skupiając na niej uważne spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, tak typowych w ich rodzinie.
Próbując dostrzec nie przyszłość Thorana, a to czekało jego "siostrę".
I ledwo sekundę później nogi się pod nią ugięły i cofnęła się, by usiąść – obojętnie na czym, krześle, łóżku, fotelu, podłodze choćby, bo wiedziała, że nie ustoi o własnych siłach. Dłoń przycisnęła do ust, czując, jak ogarniają ją mdłości. A Florence Bulstrode nie robiło się przecież słabo - i na pewno nigdy nie robiło się jej niedobrze. Była uzdrowicielką. Bez mrugnięcia okiem leczyła gnijące rany, zdejmowała klątwy deformujące ciało, w Kniei Godryka z zaciętym wyrazem twarzy i chłodem w sercu zbierała z ziemi poszarpane szczątki rozerwanego na strzępy człowieka. Widziała różne rzeczy, a charakter miała ze stali, znacznie silniejsze niż ciało.
Trochę chodziło o ten widok, trochę o to, że to była Geraldine, nie ktoś obcy, trochę o to, że wizja była czymś... czego doświadczałeś nawet głębiej niż po prostu na coś patrząc. W głowie wciąż jej wirowało, a dostrzeżony obraz zdawał się na dobre utrwalony pod powiekami.
Florence wyciągnęła rękę, gwałtownym gestem, jej palce zacisnęły się na nadgarstku łowczyni z siłą, jakiej ciężko byłoby się po Florence spodziewać.
– Ta istota z twojego snu, która wyrwała ci serce. Była ciemna? Nie miała konkretnego kształtu? - spytała z naciskiem.