Niektórzy ludzie byli jak wiatr, który wędrował między falami, drzewami i kłosami zbóż. Dotykał ich wszystkich, brał udział w ich życiu, ale nigdy nie zadomowił się na stałe. Nie mógł. Musiał szukać kolejnych włosów, które będzie mógł przeczesać i kolejnych domostw, w których okna uderzy. Geraldine i zatrzymywanie się leżały ze sobą w parze tylko wtedy, kiedy dotyczyło to poczucia obowiązku. Chciał ją jednak kiedyś zobaczyć zupełnie wolną - bez zobowiązań, by być głową rodu, bez poczucia, że to ona musi tutaj nosić spodnie, że musi troszczyć się o wszystko, bo jej bracia nie byli w stanie, a ojciec był... cóż, niewielu wiedziało, jak tragicznie skończył Yaxley, ale wielu wiedziało, jakie były tego skutki. Ręce złośliwych i chętnych wykorzystać sytuacje czaiły się na każdym kroku - jeśli Geraldine straciłaby koncentrację na zbyt długo to co zostałoby z rodzinnej posiadłości? Co byłoby z wielu lat pokoleniowej pracy nad szlachetnym łowiectwem, jakim się trudzili? Wielcy fani zwierzątek i istot mogli protestować, że tak nie wolno, ale gdyby nie tacy jak Geraldine to niejednego pożarłaby kreatura, w której żyłach płynęła agresja. Człowiek przynajmniej dokonywał świadomych wyborów i był zobowiązany prawem - prawem natury byli Yaxleyowie. Cain nie znał się na tym - wiedział jedno wielkie zero o tym, jak sobie żyją istoty magiczne i jak ma się do tego magiczny świat. Czasami docierały do niego słuchy, ale raczej bliżej mu było już do Tygodnika Czarownicy z ich ostatnim hitem "najbardziej uroczych czarownic" albo zatapiania się w tajemnicach Proroka jak o tych sekretach z czarodziejskiej wioski. Niekoniecznie był wielce zaznajomiony ze wszystkim, co prasa miała do zaoferowania, ale Prorok czy Czarownica były jednymi z tych magazynów, które nałogowo przewijały się przez ręce wszystkich wokół. Ciężko było, siłą rzeczy, pewnych artykułów nie zauważyć czy nie przeczytać z ciekawości.
- Wiem. - Delikatnie jego uśmiech się zmienił, wyłagodniał, tak jak wzrok stał się trochę bardziej miękki. Przeszła go odrobina wzruszenia. Ciepła, które odzwierciedliło się nawet w jego tonie. Odpowiedź, chociaż tak oczywista, nie była natychmiastowa, ale czasami musiała mu to wybaczać! Niekiedy miał problemy z nadążaniem, kiedy jego mózg przestawał biegle przyswajać bodźce i informacje z otoczenia. A tutaj tych bodźców było bardzo dużo. Na tyle, że usiadł obok niej i oderwał od niej spojrzenie z opadłym już uśmiechem, żeby przyjrzeć się całej tej zbieraninie osób trzecich. Zgadza się - spośród nich Geraldine się wyróżniała nawet mimo tego, że nie ubierała się nadmiernie ekstrawagancko, że nie wyglądała jak dama w sukni wyciągnięta z balu, ani też jak podejrzany typ siedzący w kącie z kapturem, na którego zazwyczaj zwracało się najwięcej uwagi. Jego uwaga należała do niej - ale musiał przez chwilę osłuchać się z tym otoczeniem, przyzwyczaić do tych... zapachów, fiołki i nasturcje, doprawdy... Złapał za swoją szklankę i nieelegancko stuknął się lekko z tą jej. - Dobre znieczulenie na sam początek nigdy nie jest złe. - Nie miał nic przeciwko, żeby to właśnie od tego zaczęli. - Mi też się przyda. - Podobno żaden człowiek nie potrzebował urlopu bardziej od osoby, która właśnie z urlopu wróciła. Skrzywił się tylko trochę, ale pokiwał głową na stwierdzenie, że da się to przełknąć. Nie był wielkim koneserem trunków, a już na pewno nie dąsał się na te, które zostały mu postawione.
- Pamiętam. - Skinął głową. - Mam nadzieję, że nie stało się nic złego..? - Zapytał niby swobodnie, ale jednocześnie spojrzał na nią z troską i lekkim zmartwieniem. Geraldine nie była miękką trzciną, żeby byle sprawa sprawiła, by tak zaczynała rozmowy i jeszcze wspominała o potrzebie pomocy.