23.12.2022, 11:34 ✶
Dzień błędów – tak miała później nazwać trwającą właśnie Ostarę. Może wieczorem, może jutro, pojutrze, za tydzień – z całą pewnością jednak 21 marca 1972 roku był najeżony popełnionymi przez Clare błędami.
Powinna była trzymać się z daleka, z bardzo, bardzo daleka, nie pojawiać się najlepiej w polu widzenia konkretnych osób, tak jak to zwykle robiła. Trzymała się w cieniu, odkąd wróciła z miejsca, które mało kto opuszczał. I na dodatek nie stała się zjawą snującą po rezydencji Crouchów, niczym duchy w Hogwarcie. Zapewne mogłaby dręczyć w ten sposób swojego – jakkolwiek by nie patrzeć – byłego męża i jego matkę, niemniej to nie pragnienie zemsty ściągnęło ją z powrotem do materialnego świata.
Było to coś o wiele silniejszego od chęci wzięcia jakiegokolwiek odwetu, i zapewne właśnie dokładnie z tego powodu stało się coś zgoła innego niż powrót jako bezcielesny byt, który mógł napsuć krwi.
Miała ciało.
Nie należało do niej, oczywiście; skradła je komu innemu, żyła pożyczonym życiem i czasem.
I powinna była trzymać się od wszystkich z poprzedniego życia jak najdalej. Dla ich i własnego bezpieczeństwa.
Ale była Ostara, pierwsza, odkąd powróciła. Już minione Yule dostatecznie bolało, a teraz kolejne święto… Tak, powinna być mądrzejsza. Powinna była zostać w domu i mieć oficjalnie wszystko gdzieś. Powinna była…
… a jednak się – niestety! - w jakiejś części łamała i przekraczała nieprzekraczalne granice. Może nikt się nie zorientuje.
Może nie stanie się krzywda.
W zasadzie to przecież nawet nie tak, że podchodziła i mówiła „cześć, to ja, pamiętasz mnie? Możemy się cieszyć, żyję!”; może i już zdążyła się popisać skrajną głupotą – co zakończyło się ostatecznie tragedią – to przecież miała na tle rozumu, by podejść do sprawy bardziej… przypadkowo.
Dla postronnych, oczywiście.
I to też nie tak, że na Ostarę w Kniei przybyła z zamiarem odnowienia kontaktów, nie, bynajmniej – jeszcze przed wyjściem patrzyła w lustro i powtarzała sobie, że ma się trzymać od wszystkich znajomych z poprzedniego życia z daleka.
Tyle że Stella nie zaliczała się do grona znajomych. Była siostrą, najdroższą siostrą, oczkiem w głowie dobrych parę lat starszej Kordelii. I bardzo, bardzo za nią tęskniła. Przychodząc tu nawet nie miała pewności, że uda się ją poobserwować z daleka, a co dopiero spotkać – zwłaszcza że tego drugiego konsekwentnie sobie odmawiała.
Do czasu.
I nawet nie była pewna, kiedy podjęła decyzję, żeby się schylić, wyciągnąć dłoń ku ziemi, dotknąć jej niemalże.
- Przepraszam! – dobiegło uszu młodszej Avery, gdzieś zza jej pleców – Czy to przypadkiem nie twoje jajko? – spytała rudowłosa kobieta, o cerze tak upstrzonej piegami, że chyba ciężko byłoby znaleźć miejsce na kolejne, wyciąjąc przy tym dłoń w stronę siostry. W istocie, całkiem ładne jajko miała, ewidentnie z zabawy w poszukiwanie słodkości.
Powinna była trzymać się z daleka, z bardzo, bardzo daleka, nie pojawiać się najlepiej w polu widzenia konkretnych osób, tak jak to zwykle robiła. Trzymała się w cieniu, odkąd wróciła z miejsca, które mało kto opuszczał. I na dodatek nie stała się zjawą snującą po rezydencji Crouchów, niczym duchy w Hogwarcie. Zapewne mogłaby dręczyć w ten sposób swojego – jakkolwiek by nie patrzeć – byłego męża i jego matkę, niemniej to nie pragnienie zemsty ściągnęło ją z powrotem do materialnego świata.
Było to coś o wiele silniejszego od chęci wzięcia jakiegokolwiek odwetu, i zapewne właśnie dokładnie z tego powodu stało się coś zgoła innego niż powrót jako bezcielesny byt, który mógł napsuć krwi.
Miała ciało.
Nie należało do niej, oczywiście; skradła je komu innemu, żyła pożyczonym życiem i czasem.
I powinna była trzymać się od wszystkich z poprzedniego życia jak najdalej. Dla ich i własnego bezpieczeństwa.
Ale była Ostara, pierwsza, odkąd powróciła. Już minione Yule dostatecznie bolało, a teraz kolejne święto… Tak, powinna być mądrzejsza. Powinna była zostać w domu i mieć oficjalnie wszystko gdzieś. Powinna była…
… a jednak się – niestety! - w jakiejś części łamała i przekraczała nieprzekraczalne granice. Może nikt się nie zorientuje.
Może nie stanie się krzywda.
W zasadzie to przecież nawet nie tak, że podchodziła i mówiła „cześć, to ja, pamiętasz mnie? Możemy się cieszyć, żyję!”; może i już zdążyła się popisać skrajną głupotą – co zakończyło się ostatecznie tragedią – to przecież miała na tle rozumu, by podejść do sprawy bardziej… przypadkowo.
Dla postronnych, oczywiście.
I to też nie tak, że na Ostarę w Kniei przybyła z zamiarem odnowienia kontaktów, nie, bynajmniej – jeszcze przed wyjściem patrzyła w lustro i powtarzała sobie, że ma się trzymać od wszystkich znajomych z poprzedniego życia z daleka.
Tyle że Stella nie zaliczała się do grona znajomych. Była siostrą, najdroższą siostrą, oczkiem w głowie dobrych parę lat starszej Kordelii. I bardzo, bardzo za nią tęskniła. Przychodząc tu nawet nie miała pewności, że uda się ją poobserwować z daleka, a co dopiero spotkać – zwłaszcza że tego drugiego konsekwentnie sobie odmawiała.
Do czasu.
I nawet nie była pewna, kiedy podjęła decyzję, żeby się schylić, wyciągnąć dłoń ku ziemi, dotknąć jej niemalże.
- Przepraszam! – dobiegło uszu młodszej Avery, gdzieś zza jej pleców – Czy to przypadkiem nie twoje jajko? – spytała rudowłosa kobieta, o cerze tak upstrzonej piegami, że chyba ciężko byłoby znaleźć miejsce na kolejne, wyciąjąc przy tym dłoń w stronę siostry. W istocie, całkiem ładne jajko miała, ewidentnie z zabawy w poszukiwanie słodkości.
437