23.12.2022, 11:54 ✶
- Coś w tym jest – odparła krótko Mackenzie. Nie roześmiała się wprawdzie, ale cóż, nawet jeżeli współczułaby dziewczynie, która umarła w tej łazience to… po prostu nie umiała tak spojrzeć na Martę. Duch nie zdawał się jej już tamtą osobą: był echem, zamrożonym w czasie, i widziała tu kogoś, kto od kilkudziesięciu lat regularnie topi się w toalecie, a nie okrutnie zamordowaną osobę. Przynajmniej na razie: może musiała jeszcze dojrzeć, aby zobaczyć coś więcej.
Poza tym chociaż nigdy nie zadzierała nosa, jak Heather, to niekoniecznie była najzręczniejszą towarzysko osobą.
- Jakie znowu oczy? – spytała Gryfonka, po czym machnęła ręką wokół. – Widzisz? Nie ma tu żadnych oczu. Tylko nasze.
A Mackenzie nie sądziła, aby ich oczy były specjalnie straszne. Raczej zwykłe. Dość typowe. Podobne do setek innych oczu, należących do setek osób w Hogwarcie.
– Były tutaj – wyszeptała Marta, wskazując mniej więcej na miejsce, gdzie stała Greengrass. I w tej chwili Green poczuła się jakby odrobinkę niepewnie. Spojrzała nawet odruchowo za siebie, jakby spodziewała się, że ktoś za nią stoi, ale była tylko dziwna umywalka z małym rysunkiem węża obok nieczynnego kranu. – Spojrzałam w nie. I umarłam.
W porządku.
Mackenzie może jednak potrafiła spojrzeć na Martę, jak na kogoś, kto został zamordowany. Dopiero w tej chwili dotarło do niej, co oznajmiał im duch: najwyraźniej umarł tutaj. W tej łazience. I to prawdopodobnie nie z przyczyn naturalnych. Jęcząca Marta zobaczyła coś albo kogoś, i potem zginęła. Wątpliwe, aby poślizgnęła się w szoku na mokrej posadce i rozbiła sobie głowę.
– Chwila. Chcesz powiedzieć, że ktoś cię tutaj zamordował? Tu? W Hogwarcie? W łazience? – spytała Mackenzie, dla pewności jeszcze wskazując palcem na podłogę. – Tak zabił? Nie uderzyłaś głową… nie wiem, o umywalkę?
– Śmiejecie się nawet z mojej śmierci! Jesteś podłe, podłe, podłe! – krzyknęła Marta, po czym przefrunęła ku kabinie najbliższej umywalek, tak, że obie dziewczyny aż poczuły od niej zimny powiew. A chwilę później z sedesu prysnęła woda i rozległ się dźwięk spłuczki. Green stała przez chwilę w bezruchu, po czym spojrzała na Heather zaskoczona.
– Czy ona… – zaczęła i urwała.
Spłukała się w toalecie. Tak. Rurami kanalizacyjnymi. Duch niby nie mógł niczego dotknąć, nie czuł też zapachów, a jednak Mackenzie jakoś wzdrygała się wewnętrznie na ten pomysł. Pokręciła głową z niedowierzaniem, po czym przerzuciła sobie mokrą szatę przez ramię i wycelowała różdżką najpierw w podłogę, za pomocą chłoszczyć usuwając przynajmniej część błotnych plam, jakie zostawiły, a potem w zamek, aby go otworzyć.
Woźny prawdopodobnie już sobie poszedł, a jeśli szło o Green, to niekoniecznie chciała zostawać na miejscu morderstwa. Nawet jeśli doszło do niego dawno, dawno temu. Poza tym…
– Nie wiem, jak ty, ale marzę o prysznicu – oświadczyła spokojnie, decydując się nie myśleć za wiele o „strasznych oczach” i martwej Marcie. Gdyby jakieś oczy fruwały po Hogwarcie i mordowały ludzi, prawdopodobnie zauważyłaby to w ciągu ostatnich sześciu lat. A teraz chciała przede wszystkim wrócić do Wieży, umyć się, przebrać i posmarować maścią piekące rozcięcie na twarzy.
Poza tym chociaż nigdy nie zadzierała nosa, jak Heather, to niekoniecznie była najzręczniejszą towarzysko osobą.
- Jakie znowu oczy? – spytała Gryfonka, po czym machnęła ręką wokół. – Widzisz? Nie ma tu żadnych oczu. Tylko nasze.
A Mackenzie nie sądziła, aby ich oczy były specjalnie straszne. Raczej zwykłe. Dość typowe. Podobne do setek innych oczu, należących do setek osób w Hogwarcie.
– Były tutaj – wyszeptała Marta, wskazując mniej więcej na miejsce, gdzie stała Greengrass. I w tej chwili Green poczuła się jakby odrobinkę niepewnie. Spojrzała nawet odruchowo za siebie, jakby spodziewała się, że ktoś za nią stoi, ale była tylko dziwna umywalka z małym rysunkiem węża obok nieczynnego kranu. – Spojrzałam w nie. I umarłam.
W porządku.
Mackenzie może jednak potrafiła spojrzeć na Martę, jak na kogoś, kto został zamordowany. Dopiero w tej chwili dotarło do niej, co oznajmiał im duch: najwyraźniej umarł tutaj. W tej łazience. I to prawdopodobnie nie z przyczyn naturalnych. Jęcząca Marta zobaczyła coś albo kogoś, i potem zginęła. Wątpliwe, aby poślizgnęła się w szoku na mokrej posadce i rozbiła sobie głowę.
– Chwila. Chcesz powiedzieć, że ktoś cię tutaj zamordował? Tu? W Hogwarcie? W łazience? – spytała Mackenzie, dla pewności jeszcze wskazując palcem na podłogę. – Tak zabił? Nie uderzyłaś głową… nie wiem, o umywalkę?
– Śmiejecie się nawet z mojej śmierci! Jesteś podłe, podłe, podłe! – krzyknęła Marta, po czym przefrunęła ku kabinie najbliższej umywalek, tak, że obie dziewczyny aż poczuły od niej zimny powiew. A chwilę później z sedesu prysnęła woda i rozległ się dźwięk spłuczki. Green stała przez chwilę w bezruchu, po czym spojrzała na Heather zaskoczona.
– Czy ona… – zaczęła i urwała.
Spłukała się w toalecie. Tak. Rurami kanalizacyjnymi. Duch niby nie mógł niczego dotknąć, nie czuł też zapachów, a jednak Mackenzie jakoś wzdrygała się wewnętrznie na ten pomysł. Pokręciła głową z niedowierzaniem, po czym przerzuciła sobie mokrą szatę przez ramię i wycelowała różdżką najpierw w podłogę, za pomocą chłoszczyć usuwając przynajmniej część błotnych plam, jakie zostawiły, a potem w zamek, aby go otworzyć.
Woźny prawdopodobnie już sobie poszedł, a jeśli szło o Green, to niekoniecznie chciała zostawać na miejscu morderstwa. Nawet jeśli doszło do niego dawno, dawno temu. Poza tym…
– Nie wiem, jak ty, ale marzę o prysznicu – oświadczyła spokojnie, decydując się nie myśleć za wiele o „strasznych oczach” i martwej Marcie. Gdyby jakieś oczy fruwały po Hogwarcie i mordowały ludzi, prawdopodobnie zauważyłaby to w ciągu ostatnich sześciu lat. A teraz chciała przede wszystkim wrócić do Wieży, umyć się, przebrać i posmarować maścią piekące rozcięcie na twarzy.