15.05.2024, 19:11 ✶
– Jak... jak to przestały? – na twarzy Samuela malowało się wiele emocji - szok, niedowierzanie, ale przede wszystkim złamane serce, zupełnie jakby powiedziała mu właśnie o tym, że cały las został wytrzebiony z wszelkiej zwierzyny. To nie było normalne, ale Rose wiedziała, że Samuel to rozumie, że dla niego drzewa były takim samym ciałem, czującym, oddychającym, żyjącym organizmem. Nie ważne, czy drzewami były dusze Greengrassów czy nie... Knieja była knieją, a teraz zamilkła, jakby był martwa...
Zmartwiały nachylił się ku niej i znów ją objął, nie wiedząc co powiedzieć, z sercem zmartwiałym żałobą i bezsilnością. Z sercem opętanym żalem.
– Musimy coś zrobić Rose, musi być jakiś sposób... ktoś... ktoś musi coś wiedzieć... – szeptał jej we włosy, nie do końca wierząc w to co mówi, ale w rozpaczy łapiąc się czegokolwiek, jakiegokolwiek strzępka nadziei. Tymczasem jednak do oczu napłynęły łzy i było mu głupio że tak po środku miejsca w którym mieszkał, które miał pilnować, wśród ludzi którym miał grozić palcem, że w takim miejscu jak to te łzy popłynęły, ale wiedział, że Rose zrozumie i pierwszy raz poczuł, że nie jest sam w tej żałobie, w swym zmartwieniu. – Nie chce tu być, chodźmy stąd... – szepnął nagle w pachnące włosy, po czym złapał ją za rękę i pociągnął za sobą do wyjścia. Do chłodu młodej nocy, tam gdzie śmiechy i pogwizdywania nie będą burzyć cierpienia, które dotykało ich z taką mocą.
Nie angażuj się
Mówiła matka. Mówiła i nakazywała mu unikać innych ludzi i ich podszeptów. Ale jak miał się nie angażować, gdy jego dom cierpiał? Już pal licho zaginionych, choć i w tym przypadku serce szarpało i go i chciał się przyłączyć do ekip poszukiwawczych ale siedział cicho. Tu nie chodziło jednak o ludzi tylko o las! Czerwcowy wiatr rozwiał im włosy, płócienną koszulę starł z twarzy własne poruszenie, trochę słonej wody, która obmyła mu twarz.
– To jest niesprawiedliwe... – rzucił przed siebie idąc ku wrzosowiskom, grawitując ku nim, ku linii lasu, jego domu, jej dziedzictwa. – Podsłuchałaś w ogóle co tam się stało? Słyszałem o jakiejś zasłonie, o światach, o morowym gazie, słyszałem wiele opowieści o czarnoksiężnikach którzy każdego zabitego wysyłali przemienionego w upiora aby ściągnął kolejnych dziesięciu. Słyszałem, ale nie widziałem, nie... nie ryzykowałem, tylko raz czy dwa kusiło ale... – przełknął tajemnicę o swojej drugiej formie, krogulczej formie. Słowa matki paliły go mocno. Nikomu nie wolno było mówić, zwłaszcza, że nie był zbyt wprawny w teleportacji. Nikomu ani słowa...
Zmartwiały nachylił się ku niej i znów ją objął, nie wiedząc co powiedzieć, z sercem zmartwiałym żałobą i bezsilnością. Z sercem opętanym żalem.
– Musimy coś zrobić Rose, musi być jakiś sposób... ktoś... ktoś musi coś wiedzieć... – szeptał jej we włosy, nie do końca wierząc w to co mówi, ale w rozpaczy łapiąc się czegokolwiek, jakiegokolwiek strzępka nadziei. Tymczasem jednak do oczu napłynęły łzy i było mu głupio że tak po środku miejsca w którym mieszkał, które miał pilnować, wśród ludzi którym miał grozić palcem, że w takim miejscu jak to te łzy popłynęły, ale wiedział, że Rose zrozumie i pierwszy raz poczuł, że nie jest sam w tej żałobie, w swym zmartwieniu. – Nie chce tu być, chodźmy stąd... – szepnął nagle w pachnące włosy, po czym złapał ją za rękę i pociągnął za sobą do wyjścia. Do chłodu młodej nocy, tam gdzie śmiechy i pogwizdywania nie będą burzyć cierpienia, które dotykało ich z taką mocą.
Nie angażuj się
Mówiła matka. Mówiła i nakazywała mu unikać innych ludzi i ich podszeptów. Ale jak miał się nie angażować, gdy jego dom cierpiał? Już pal licho zaginionych, choć i w tym przypadku serce szarpało i go i chciał się przyłączyć do ekip poszukiwawczych ale siedział cicho. Tu nie chodziło jednak o ludzi tylko o las! Czerwcowy wiatr rozwiał im włosy, płócienną koszulę starł z twarzy własne poruszenie, trochę słonej wody, która obmyła mu twarz.
– To jest niesprawiedliwe... – rzucił przed siebie idąc ku wrzosowiskom, grawitując ku nim, ku linii lasu, jego domu, jej dziedzictwa. – Podsłuchałaś w ogóle co tam się stało? Słyszałem o jakiejś zasłonie, o światach, o morowym gazie, słyszałem wiele opowieści o czarnoksiężnikach którzy każdego zabitego wysyłali przemienionego w upiora aby ściągnął kolejnych dziesięciu. Słyszałem, ale nie widziałem, nie... nie ryzykowałem, tylko raz czy dwa kusiło ale... – przełknął tajemnicę o swojej drugiej formie, krogulczej formie. Słowa matki paliły go mocno. Nikomu nie wolno było mówić, zwłaszcza, że nie był zbyt wprawny w teleportacji. Nikomu ani słowa...