Nie pamiętał, kiedy ostatni raz był w Olibanum. Musiałby się skupić, zatrzymać, zastanowić. Czy możliwe było wyciągnięcie ostatnich odwiedzin z pamięci, czy osnute były one wciąż mgiełkę odurzenia? Tracił niejednokrotnie kontrolę nad tym, co robił i co się z nim działo, kiedy narkotyki krążyły w jego krwi i zatruwały ją, a po żyłach dostawały się prosto do serca, z serca do umysłu, z umysłu do ducha. Wszystko mieniło się czernią i niebieską barwą jak nieludzkie oczy, które w swoich odbiciach kołysały świat lazurem morskich fal. Więc, panie Prewett..? Kiedy ostatnim razem miał pan okazję odwiedzić ten sklep i jego właściciela. Wyniosłego, dumnego, stonowanego i stanowczego jednocześnie. Nie lubiącego nadmiernych komplementów i nie lubiącego prowadzić tych wszystkich small talków, kiedy przychodziło do robienia biznesu - tak się zapisał w jego pamięci Robert Mulciber. Brak potrzeby utrzymywania stałego kontaktu i odstręczenie od ulicy, z którą miał złe wspomnienia, nie zachęcały do tego, żeby się tutaj kręcić. Minął miesiąc, drugi, piąty. Czas przemykał przez palce, życie niektórych biegło ku lepszemu, innych zaś rozpadało się w ich własnych ramionach. Niezależnie od tego, jak mocno starasz się je przytulić do siebie samego.
Pamiętał Olibanum bardzo dobrze i bardzo dobrze je kojarzył. Tak jak pamiętał doskonale właściciela, tak i Willa - Williama? Być może, tak. Miał słabość do tego imienia jak i do urody tego młodzieńca, więc może to i lepiej, że więcej uwagi poświęcał mężczyźnie, który swoją treściwością skutecznie odsuwał od siebie jakiekolwiek anonse, zanim te się w ogóle zaczęły. Być może byli tacy, którzy chętnie przebijali się przez niewzruszony mur, jaki trzymał wokół siebie Robert, ale Laurent trzymał swoje dłonie z dala od tego, co mogło oparzyć. Tak więc, jak wszystko pamiętał, tak wszystko zostało. Nowy asortyment, to na pewno, może jakaś podmiana mebli, albo i nie..? Nie miał przecież pamięci idealnej, a minęło trochę czasu. Tak samo zapamiętał go Will. I tak on wiedział, że jeśli przychodziło do dyskretnych transakcji to kierować się prosto do Roberta. Kreatywna księgowość była, zdaje się, mocnym atutem tego człowieka. Nie żeby go oskarżał o nieuczciwe deale, ALE...
Laurent uśmiechnął się do mężczyzny przelotnie i skinął głową, chociaż miał wrażenie, że tego już jegomość nie widział. Chyba nie potrzebował widzieć. Pewna standardowa procedura musiała zostać odbębniona - o niej niemal też zapomniał. Trzymał na swojej smyczy jarczuka, którego szpiczaste uszy i diable, złote ślepia z uwagą spoglądały na każdy ruch młodzieńca. Smyczy krótkiej tak, że stworzenie nie miało szans ruszyć się bez woli pana nawet o milimetr. Nie zamierzał jej luzować, skoro był w sklepie. I nie zamierzał jednocześnie zostawiać go na zewnątrz bez wyraźnej woli właściciela, bo przecież ta bestia bardzo skutecznie odstraszyłaby każdego klienta. Jarczuk stał na swoich długich nogach w pełnej gotowości do... czegoś. Laurent wiedział, że to była gotowość do obrony jego samego. Jeśli jednak został poproszony o wyprowadzenie bestii to została ona posadzona pod drzwiami sklepu. I tam przykazano jej zostać.
- Dzień dobry, panie Mulciber. - Bardzo wiele negatywnych czynników składało się na to, żeby chcieć znowu zachwycić się kadzidłami, które ułatwiały... sporo rzeczy. Tych trywialnych, prostych i względnie oczywistych, które młodemu Prewettowi, bękartowi głowy rodu Prewett, sprawiały problemy. - Dobrze pana widzieć. - Tak, te malutkie, angielskie pogawędki wstępne...