— T-tak... To jest śmieszne... Tylko gdybym nie zobaczyła tego tak nagle, wiesz... — odpowiedziałam siląc się na pozytywny ton. Jestem pewna, że nie wystraszyłabym się tak bardzo... Na pewno...
Sam zabrał mnie sprzed tego paskudnego lustra do innego. A we mnie wszystko się kręciło. Obrzydzenie od odpadającej skóry, lęk przed własnym ciałem, zimny dreszcz z dłoni spowodowany dotykiem, ciepło rozchodzące się po ściśniętym żołądku — był teraz jak garnek z wrzącą wodą, który gorączkowo pragnął pozbyć się pokrywki.
— Ruszających nie... To zbyt trudne... Umiem trochę ożywiać krajobrazy, ale tylko trochę. Wiesz, moja babcia jest malarką i tak wyszło, że przez nią dużo rysowałam. A komiksy jakoś tak wpadły, jak kiedyś byłyśmy w księgarni w Londynie. Spodobały mi się i tak... uhm, zostało.
Odpowiedziałam niemal na jednym wydechu, jakbym chciała mieć to za sobą, jakbym nie chciała już rozmawiać, tylko skupić się na tym, co właśnie działo się we mnie.
Spoglądałam na odbicie kolejnego lustra. Kreskówki spoglądające z niego były urocze, chociaż dziwnie patrzyło się na siebie w dwóch wymiarach. Obróciłam nieco głowę w lewo i w prawo, żeby zobaczyć, jak to będzie wyglądać. Płynnie, ale płasko. Ciekawie. Nie spuszczałam tafli lustra z oczu. Spoglądałam też na to interesujące mnie miejsce. Złączone dłonie. Czułam ciepło przenikające rękawiczkę i sensacje w tych kilku miejscach, gdzie moje odkryte palce dotykały skóry Sama. W tym momencie ciężko mi było stwierdzić, czy w ogóle oddychałam. Ale tak — robiłam to. Oddech był nierówny, z płytkiego przechodził w głęboki, by ponownie pozostawić przeponę w niemal kompletnym bezruchu. Zupełnie, jakby działo się ze mną coś poważnego. A przecież tak nie było. A może było?