15.05.2024, 20:53 ✶
– Jestem pewna Grin – powiedziała cicho, odsuwając się od jego czoła i patrząc na niego tak, jak zwykle Millie nie patrzyła. Jej oczy zwykle pełne były rozkojarzenia, iskier, szybkości, złośliwości i gniewu. Był pełne fascynacji, krzyku, furii był pełne pełnością. Ale teraz, gdy w sumie oboje byli zmęczeni, zwłaszcza Peregrinus nienawykły do chodzenia, chodź i dla niej był to dzień pełen emocji, które też zjadały jej zasoby, teraz gdy byli zmęczeni i doprawieni, mógł na moment, na małą chwilę zobaczyć cichą serdeczność, radość, która nie skakała pod sufit, a delikatnie gładziła bliską osobę po policzku. – Karty mi powiedziały. – Stuknęła dwukrotnie w trójkąt wpisany w kwadrat, samospełniającą się przepowiednię. Ale przecież, nie ustawiłaby pod to kart, prawda?
Zaraz jednak skupiła się na płótnach i farbach, tonie artystycznego śmiecia.
– Ręce? Ręce co? – uniosła brwi zaskoczona i w zdziwieniu powędrowała wzrokiem za linią spojrzenia kuzyna. Nagle speszyła się obrzydliwie, rumieniec zalał jej zwyczajowo bladą twarz. – To m... stare dzieje wiesz? Bardzo stare. – pani mistrzyni kłamstwa motała się w zeznaniach, bo daty wcale nie były takie stare na obrazach, ale karmelóweczka zdecydowanie nie pomagała. Co pomogło to zwycięskie –A-HA! i wyciągnięcie jednego wiaderka, którego etykieta rzeczywiście mieniła się złociście.
– No kurwa, pytasz żula czy sra w zaułku, o f c że możesz zostać na spanko, mogę być czarnym kotem widzisz, moje dziwki od papy Morfiny nigdy nie kłamią! Ta zołza z drągiem i kotem to właśnie ja! – zaśmiała się rozbawiona, zrzucając ze sztalugi jakąs nieudolną próbę portretu i ustawiając czystą ramę z naciągniętym płótnem. Farba została otwarta, paliwo w formie kolejnych dwóch kieliszków bimbru zaaplikowane, stawy w palcach wystrzykane. A potem Mildred zapomniała o tym, że lepiej może byłoby to robić pędzlami i bezceremonialnie zanurzyła dłoń w złocie, by namalować portret swojego ulubionego kuzyna.
Swojej bratniej duszy.
trolololo zapytajmy kości jak beznadziejne to było malowidło
Zaraz jednak skupiła się na płótnach i farbach, tonie artystycznego śmiecia.
– Ręce? Ręce co? – uniosła brwi zaskoczona i w zdziwieniu powędrowała wzrokiem za linią spojrzenia kuzyna. Nagle speszyła się obrzydliwie, rumieniec zalał jej zwyczajowo bladą twarz. – To m... stare dzieje wiesz? Bardzo stare. – pani mistrzyni kłamstwa motała się w zeznaniach, bo daty wcale nie były takie stare na obrazach, ale karmelóweczka zdecydowanie nie pomagała. Co pomogło to zwycięskie –A-HA! i wyciągnięcie jednego wiaderka, którego etykieta rzeczywiście mieniła się złociście.
– No kurwa, pytasz żula czy sra w zaułku, o f c że możesz zostać na spanko, mogę być czarnym kotem widzisz, moje dziwki od papy Morfiny nigdy nie kłamią! Ta zołza z drągiem i kotem to właśnie ja! – zaśmiała się rozbawiona, zrzucając ze sztalugi jakąs nieudolną próbę portretu i ustawiając czystą ramę z naciągniętym płótnem. Farba została otwarta, paliwo w formie kolejnych dwóch kieliszków bimbru zaaplikowane, stawy w palcach wystrzykane. A potem Mildred zapomniała o tym, że lepiej może byłoby to robić pędzlami i bezceremonialnie zanurzyła dłoń w złocie, by namalować portret swojego ulubionego kuzyna.
Swojej bratniej duszy.
Koniec sesji
trolololo zapytajmy kości jak beznadziejne to było malowidło
Rzut T 1d100 - 62
Sukces!
Sukces!