23.12.2022, 13:21 ✶
Musiała szybko rozważyć “za” i “przeciw”. Yaxley znała jeszcze z czasów szkolnej ławy, ich relację zaliczyłaby do tych cieplejszych, ale po wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dni, musiała zachować ostrożność nawet wobec znajomych twarzy. Być może szczególnie wobec nich. Otaksowała blondynkę wzrokiem, po czym wreszcie osunęła różdżkę w dół. Jeśli miałoby dojść do konfrontacji, lepiej byłoby, aby stały w środku sklepu, zamiast przyciągać niechciane spojrzenia na środku ulicy. Pokręciła głową, zbliżając się do kobiety i kładąc szybko wolną dłoń na jej ramieniu.
— Wejdźmy do środka. — Powiedziała cicho, ogarniając sąsiednie budynki wzrokiem. Wolała uniknąć sytuacji, w której prędzej wpędziłaby samą siebie w kłopoty, niż przyszła na ratunek Cresswellowi.
Przekroczyły próg sklepu, a pod ich podeszwami ostrzegawczo zagruchotała zbita szyba wystawy. Co tutaj zaszło i czemu nikt ze wsparcia Zakonu nie poinformował o tym reszty? Kucnęła przy zniszczonym stojaku z pluszakami. Zwykłe mugolskie zabawki, nieposiadające żadnych specjalnych mocy, teraz rozniesione w pył, który unosił się mętnie nad ich głowami. Przejechała dwoma palcami po spaleniźnie zdobiącej wyrwane z zawiasów drzwi.
— Voldermort. — Odparła grobowym tonem. On się stał. Z pozycji mówienie o swoich planach, przeszedł teraz do ich realizacji w najbardziej ostateczny ze sposobów. Dosłownie zamierzał siać chaos. — Jeśli śledziłaś jego manifest, musisz zrozumieć moją ostrożność — dodała, wracając do pozycji stojącej. — Ten sklep należy do znajomego mi czarodzieja, jest z pochodzenia mugolem. Poplecznicy Czarnego Pana obrali sobie ten dzień na kulminację szerzeń własnej propagandy i niszczą wszystko, co wejdzie im w drogę. Włącznie z żywymi ludźmi. — Niebezpieczne czasy już nie tylko nadchodziły, a były dosłownie tutaj, rozgrywając się przed ich własnymi oczami. Przyjaźnie zrywały się, wieloletnie zaufanie poddawane było w wątpliwość. Wszystko tylko i aż przez wzgląd na potwora, który skusił wizją przejęcia władzy nad światem. Najwyraźniej wyznawcy tej idei, gotowi byli ponieść wszelkie koszta i poruszać się, w najgorszym przypadku, po trupach do celu. Przerwała nagle, gwałtownie obracając głowę w stronę posłyszanego dźwięku. Ktoś tutaj jest. Wskazała różdżką w stronę magazynu na tyłach sklepu, a kolejne kroki naprowadziły obie kobiety na ślady przepychanki i niewielkiej plamy krwi, rozmazanej pośród podartych opakowań przedmiotów zrzuconych z półek.
— Jeśli chcesz iść i się nie narażać, to jest ten moment. Jeśli nie, zamierzam sprawdzić te pokoje. Nie jesteśmy tu same. — Ściszony głos Moody pozostawał wciąż czujny. Szmery kiełkującego gwaru na ulicy przecięły ledwo słyszalne stęknięcia bólu. Ktoś tam był i potrzebował pomocy, ale doświadczenie zawodowe Idy podpowiadała, że zazwyczaj niedaleko od niedoszłej ofiary, znajdował się jeszcze sam sprawca.
give me a bitter glory.