16.05.2024, 01:23 ✶
Wcześniej: Odpowiadam Isaacowi
— Wiesz... Kwalifikacje kadry z naszych czasów też zdawały się budzić wątpliwości wśród uczniów — sarknął krótko, bo w gruncie rzeczy ciężko było stwierdzić, co właściwie uprawniało co poniektórych profesorów do objęcia funkcji nauczyciela w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Miał dziwne przeświadczenie, że większe wrażenie na dyrekcji oraz radzie nadzorczej akademii robiły osiągnięcia chętnych niźli ich wykształcenie. A może Erik po prostu się nie znał. Bądź co bądź, nie była to jego specjalność. — A jak sam wspomniałeś: uczyłeś dorosłych. To już jakiś krok w odpowiednią stronę. W końcu dzieci to tacy... mali dorośli, czy nie mam racji?
Mógł zapewne wytoczyć jakieś poważniejsze argumenty, aby przekonać Isaaca do rozpatrzenia tego pomysłu, jednak w gruncie rzeczy po prostu żartowali sobie we własnym gronie. Longbottom wiedział, że sam nie dałby się zbyt łatwo ściągnąć ze ścieżki, jaką obecnie kroczył, a skoro Bagshot postanowił zmienić swoje dotychczasowe życie na tyle, aby po tylu latach wrócić do ojczyzny, to zapewne i on miał na siebie konkretny pomysł. Może nie było sensu zaprzątać mu głowy potencjalną karierą w szkolnych murach. Z drugiej strony, dobrze by było mu o tym przypomnieć, kiedy dorobi się gęstej brody, monotonnego tonu głosu i wysłużonej aktówki.
— Chyba się dzisiaj nie pojawi — stwierdził z ubolewaniem. — Właściwie to się z nią dzisiaj nawet widziałem. Ona... — Otworzył usta, jednak zaraz je zamknął, nie wiedząc, jak odpowiednio wytłumaczyć ich dzisiejsze spotkanie. — Cóż. Na moją prośbę wysadziła w powietrze gigantycznego błotoryja, który zrujnował pola uprawne pod Little Hangleton. Pewnie dalej zmywa z siebie... Wiadomo co. Ekhm.
Na początku miał do siebie pretensje, że puścił kobietę samą, jednak ze swoją klaustrofobią raczej nie przydałby się jej na zbyt wiele. A może nawet by przeszkadzał. A gdyby miał jeszcze wymyć się ze śluzu i krwi tego szkodnika, to pewnie dalej tkwiłby pod prysznicem. Och, po czymś takim naprawdę przydałaby mu się parogodzinna sesja relaksacyjna w miejskich łaźniach. Miał tylko nadzieję, że pannie Yaxley szybko uda się doprowadzić się do porządku. I że widok wnętrzności stwora wybuchających na wszystkie strony nie będzie jej prześladować przez nadchodzące tygodnie.
Teraz: Rozmawiam z Millie.
Erik chowa się pod stołem.
Zaczerwienił się lekko, gdy wspomniała o ubiegłej nocy. Cóż, przeżył chwilę słabości. I ciekawości własnym losem. Wbrew pozorom karuzela tragi-komizmu wcale się nie zatrzymywała, biorąc pod uwagę poranne wezwanie do Little Hangleton. Sądził, że sytuacja nieco się uspokoiła, a jednak siły wyższe rzuciły mu pod nogi kolejną kłodę w formie błotoryja giganta. Dobrze, że inne bóstwa zesłały mu również anioła stróża pod postacią Geraldine Yaxley. Ciekawe, co jeszcze miało się wydarzyć w tym miesiącu. Uśmiechnął się krzywo.
— Zawsze byłem przekonany, że zerkasz w moją przyszłość przed każdym meczem Gryffindoru w Hogwarcie — skomentował bezwiednie, wbijając w nią rozbawione spojrzenie. — No wiesz, żeby sprawdzić, z jak dużą pasją będę łapał zbłąkane kafle przy bramkach.
Rozchylił usta, gdy nagle poczuł ręce Mills na swoich barkach. Wbrew pozorom nie dlatego, że tak rzadko go przytulała na przestrzeni ich znajomości, a dlatego, że często miała problem z tym, aby sięgnąć tak wysoko. Cholerne babeczki. Erik uściskał dziewczynę, zamykając ją na krótką chwilę w niedźwiedzim uścisku.
— My też za tobą tęskniliśmy — zapewnił ją. — Nikt nie rzuca tak soczystymi kurwami po biurach Brygady Uderzeniowej, jak ty Moody. Lokalne domy publiczne też na pewno docenią twój powrót. Wiesz... To ogromna reklama. I na dodatek darmowa.
Zamrugał zdziwiony, gdy wspomniała o flamingach, w pierwszej chwili nie bardzo rozumiejąc, o co chodzi. Nawet nie zdążył się odsunąć, zanim zrujnowała jego fryzurę. Wbił w dziewczynę skonfundowane spojrzenie, przysłuchując się z uwagą jej słowom, jednak znaczenie jej przemowy dotarło do niego, dopiero gdy wpakowało ciastko z kremem prosto w gębę Caina. Erik wybałuszył na nią oczy i rozejrzał się kontrolnie po reszcie zgromadzonych. Walka... na żarcie? A potem jeszcze pojawił się Thomas w sukience. Erik zasłonił usta dłońmi.
— Nie śmiałby — parsknął, odsuwając się w stronę stołu. — Ale w to — Wskazał na Millie. — Nie mam zamiaru się mieszać. O nienienienie. Mam pewne standardy. Niskie, bo niskie, ale jednak.
Korzystając z dosyć nieoczywistej przewagi, jaką zapewniły mu zaklęte ciasteczka, Erik przykląkł na trawie i... wpełzł pod stół, znajdując sobie tym samym kryjówkę przed atakami ze strony innych gości imprezy.
— Wiesz... Kwalifikacje kadry z naszych czasów też zdawały się budzić wątpliwości wśród uczniów — sarknął krótko, bo w gruncie rzeczy ciężko było stwierdzić, co właściwie uprawniało co poniektórych profesorów do objęcia funkcji nauczyciela w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Miał dziwne przeświadczenie, że większe wrażenie na dyrekcji oraz radzie nadzorczej akademii robiły osiągnięcia chętnych niźli ich wykształcenie. A może Erik po prostu się nie znał. Bądź co bądź, nie była to jego specjalność. — A jak sam wspomniałeś: uczyłeś dorosłych. To już jakiś krok w odpowiednią stronę. W końcu dzieci to tacy... mali dorośli, czy nie mam racji?
Mógł zapewne wytoczyć jakieś poważniejsze argumenty, aby przekonać Isaaca do rozpatrzenia tego pomysłu, jednak w gruncie rzeczy po prostu żartowali sobie we własnym gronie. Longbottom wiedział, że sam nie dałby się zbyt łatwo ściągnąć ze ścieżki, jaką obecnie kroczył, a skoro Bagshot postanowił zmienić swoje dotychczasowe życie na tyle, aby po tylu latach wrócić do ojczyzny, to zapewne i on miał na siebie konkretny pomysł. Może nie było sensu zaprzątać mu głowy potencjalną karierą w szkolnych murach. Z drugiej strony, dobrze by było mu o tym przypomnieć, kiedy dorobi się gęstej brody, monotonnego tonu głosu i wysłużonej aktówki.
— Chyba się dzisiaj nie pojawi — stwierdził z ubolewaniem. — Właściwie to się z nią dzisiaj nawet widziałem. Ona... — Otworzył usta, jednak zaraz je zamknął, nie wiedząc, jak odpowiednio wytłumaczyć ich dzisiejsze spotkanie. — Cóż. Na moją prośbę wysadziła w powietrze gigantycznego błotoryja, który zrujnował pola uprawne pod Little Hangleton. Pewnie dalej zmywa z siebie... Wiadomo co. Ekhm.
Na początku miał do siebie pretensje, że puścił kobietę samą, jednak ze swoją klaustrofobią raczej nie przydałby się jej na zbyt wiele. A może nawet by przeszkadzał. A gdyby miał jeszcze wymyć się ze śluzu i krwi tego szkodnika, to pewnie dalej tkwiłby pod prysznicem. Och, po czymś takim naprawdę przydałaby mu się parogodzinna sesja relaksacyjna w miejskich łaźniach. Miał tylko nadzieję, że pannie Yaxley szybko uda się doprowadzić się do porządku. I że widok wnętrzności stwora wybuchających na wszystkie strony nie będzie jej prześladować przez nadchodzące tygodnie.
Teraz: Rozmawiam z Millie.
Erik chowa się pod stołem.
Zaczerwienił się lekko, gdy wspomniała o ubiegłej nocy. Cóż, przeżył chwilę słabości. I ciekawości własnym losem. Wbrew pozorom karuzela tragi-komizmu wcale się nie zatrzymywała, biorąc pod uwagę poranne wezwanie do Little Hangleton. Sądził, że sytuacja nieco się uspokoiła, a jednak siły wyższe rzuciły mu pod nogi kolejną kłodę w formie błotoryja giganta. Dobrze, że inne bóstwa zesłały mu również anioła stróża pod postacią Geraldine Yaxley. Ciekawe, co jeszcze miało się wydarzyć w tym miesiącu. Uśmiechnął się krzywo.
— Zawsze byłem przekonany, że zerkasz w moją przyszłość przed każdym meczem Gryffindoru w Hogwarcie — skomentował bezwiednie, wbijając w nią rozbawione spojrzenie. — No wiesz, żeby sprawdzić, z jak dużą pasją będę łapał zbłąkane kafle przy bramkach.
Rozchylił usta, gdy nagle poczuł ręce Mills na swoich barkach. Wbrew pozorom nie dlatego, że tak rzadko go przytulała na przestrzeni ich znajomości, a dlatego, że często miała problem z tym, aby sięgnąć tak wysoko. Cholerne babeczki. Erik uściskał dziewczynę, zamykając ją na krótką chwilę w niedźwiedzim uścisku.
— My też za tobą tęskniliśmy — zapewnił ją. — Nikt nie rzuca tak soczystymi kurwami po biurach Brygady Uderzeniowej, jak ty Moody. Lokalne domy publiczne też na pewno docenią twój powrót. Wiesz... To ogromna reklama. I na dodatek darmowa.
Zamrugał zdziwiony, gdy wspomniała o flamingach, w pierwszej chwili nie bardzo rozumiejąc, o co chodzi. Nawet nie zdążył się odsunąć, zanim zrujnowała jego fryzurę. Wbił w dziewczynę skonfundowane spojrzenie, przysłuchując się z uwagą jej słowom, jednak znaczenie jej przemowy dotarło do niego, dopiero gdy wpakowało ciastko z kremem prosto w gębę Caina. Erik wybałuszył na nią oczy i rozejrzał się kontrolnie po reszcie zgromadzonych. Walka... na żarcie? A potem jeszcze pojawił się Thomas w sukience. Erik zasłonił usta dłońmi.
— Nie śmiałby — parsknął, odsuwając się w stronę stołu. — Ale w to — Wskazał na Millie. — Nie mam zamiaru się mieszać. O nienienienie. Mam pewne standardy. Niskie, bo niskie, ale jednak.
Korzystając z dosyć nieoczywistej przewagi, jaką zapewniły mu zaklęte ciasteczka, Erik przykląkł na trawie i... wpełzł pod stół, znajdując sobie tym samym kryjówkę przed atakami ze strony innych gości imprezy.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞