16.05.2024, 03:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.05.2024, 03:28 przez Jonathan Selwyn.)
Jonathan wbrew pozorom naprawdę poważnie podchodził do swojej pracy. Zwłaszcza wtedy, gdy ten koczkodan Shafiq postanowił urządzić sobie przerwę na kryzys wieku średniego w najgorszym możliwym momencie!
No dobrze. Anthony nie pojawił się w pracy jeden dzień. Bywa. Każdy miał do tego prawo zwłaszcza, gdy się było szefem. Drugi dzień. W sumie to tyle co zwyczajny weekend, biuro nie upadnie. Trzeci dzień, zaczynało się już to robić niepokojące, ale jeszcze przymykał na to oko. Ale tydzień! Tydzień w momencie, gdy mieli na głowie wyjazd do Kambodży, na który Shafiq sam się uparł, a który teraz sam sabotażował do współki z tą głupią dziennikarką od siedmiu boleści! Tydzień to już było za dużo! Zwłaszcza teraz.
Kiedy zdał sobie sprawę z tego, że nie było szans, aby Anthony pojawił się dzisiaj w Ministerstwie Magii, westchnął dramatycznie i od razu wyszedł z biura, by po prostu udać się do pewnej doskonale mu znanej rezydencji w Little Hangleton. Skoro w jego obecne obowiązku wchodziło pilnowanie tego, by jutrzejsza konferencja w Świętym Mungu przebiegła pomyślnie, to tę wizytę można było potraktować jako wyjazd służbowy. Albo interwencję. Służbową interwencję.
Gdy tylko usłyszał śpiewy wiedział, że jest źle. Gdy zobaczył przyjaciela zrozumiał, że było jeszcze gorzej. Przystanął przed leżącym czarodziejem, próbując ocenić ile butelek zdążył juz wypić, a potem pokręcił głową. Może gdyby przychodził tu jedynie jako jego przyjaciel to pozwoliłby mu się jeszcze przez chwilę taplać w tym brodziku rozpaczliwej rozpaczy. Przychodził tu jednak również, a może i nawet przede wszytkim, jako zastępca, który bardzo potrzebował, by jego szef był w stanie jakkolwiek ogarniającym.
– Anthony konferencja w szpitalu jest jutro, a ciebie nie było w pracy od tygodnia. Wszystko jest przygotowane i naprawdę nie możemy tego olać i pozwolić, by ta cała Stanhope zadźgała cię słowem. Przecież ona nie bierze żadnych jeńców ‐ powiedział spokojnym głosem, wpatrując się w plecy Bardzo Smutnego Czarodzieja. Może nawet mógłby zjawić się tam w imieniu Shafiqa, nie wątpił, że zdołałby oczarować wszystkich, ale nie wątpił również, że ktoś na pewno zapytałby czemu Szef Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego postanowił nie pojawić się tam we własnej osobie. Już widział tę nagłówki: Kambodża Kontraatakuje! Koniec departamentu bliski! Dlaczego zamiast Shafiqa w szpitalu pojawił się jego czarujący zastępca? Westchnął ciężko, odstawił aktówkę na podłogę (Oczywiście, że zabrał ze sobą aktówkę dla dodania powagi całej sprawie) i sam usiadł obok czarodzieja. Jako, że był prosto z pracy, a raczej wciąż w pracy, miał na sobie dość prostą jak na niego czarną szatę, która jednak pod wpływem ruchu lśniła się na granatowo, bo przecież gdyby miał zakładać zwykle czarne szaty, to równie dobrze mógłby po prostu umrzeć.
– Co się dzieje Tony? Kim nie jestem? – spytał tonem głosu zachęcającym do zwierzeń.
No dobrze. Anthony nie pojawił się w pracy jeden dzień. Bywa. Każdy miał do tego prawo zwłaszcza, gdy się było szefem. Drugi dzień. W sumie to tyle co zwyczajny weekend, biuro nie upadnie. Trzeci dzień, zaczynało się już to robić niepokojące, ale jeszcze przymykał na to oko. Ale tydzień! Tydzień w momencie, gdy mieli na głowie wyjazd do Kambodży, na który Shafiq sam się uparł, a który teraz sam sabotażował do współki z tą głupią dziennikarką od siedmiu boleści! Tydzień to już było za dużo! Zwłaszcza teraz.
Kiedy zdał sobie sprawę z tego, że nie było szans, aby Anthony pojawił się dzisiaj w Ministerstwie Magii, westchnął dramatycznie i od razu wyszedł z biura, by po prostu udać się do pewnej doskonale mu znanej rezydencji w Little Hangleton. Skoro w jego obecne obowiązku wchodziło pilnowanie tego, by jutrzejsza konferencja w Świętym Mungu przebiegła pomyślnie, to tę wizytę można było potraktować jako wyjazd służbowy. Albo interwencję. Służbową interwencję.
Gdy tylko usłyszał śpiewy wiedział, że jest źle. Gdy zobaczył przyjaciela zrozumiał, że było jeszcze gorzej. Przystanął przed leżącym czarodziejem, próbując ocenić ile butelek zdążył juz wypić, a potem pokręcił głową. Może gdyby przychodził tu jedynie jako jego przyjaciel to pozwoliłby mu się jeszcze przez chwilę taplać w tym brodziku rozpaczliwej rozpaczy. Przychodził tu jednak również, a może i nawet przede wszytkim, jako zastępca, który bardzo potrzebował, by jego szef był w stanie jakkolwiek ogarniającym.
– Anthony konferencja w szpitalu jest jutro, a ciebie nie było w pracy od tygodnia. Wszystko jest przygotowane i naprawdę nie możemy tego olać i pozwolić, by ta cała Stanhope zadźgała cię słowem. Przecież ona nie bierze żadnych jeńców ‐ powiedział spokojnym głosem, wpatrując się w plecy Bardzo Smutnego Czarodzieja. Może nawet mógłby zjawić się tam w imieniu Shafiqa, nie wątpił, że zdołałby oczarować wszystkich, ale nie wątpił również, że ktoś na pewno zapytałby czemu Szef Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego postanowił nie pojawić się tam we własnej osobie. Już widział tę nagłówki: Kambodża Kontraatakuje! Koniec departamentu bliski! Dlaczego zamiast Shafiqa w szpitalu pojawił się jego czarujący zastępca? Westchnął ciężko, odstawił aktówkę na podłogę (Oczywiście, że zabrał ze sobą aktówkę dla dodania powagi całej sprawie) i sam usiadł obok czarodzieja. Jako, że był prosto z pracy, a raczej wciąż w pracy, miał na sobie dość prostą jak na niego czarną szatę, która jednak pod wpływem ruchu lśniła się na granatowo, bo przecież gdyby miał zakładać zwykle czarne szaty, to równie dobrze mógłby po prostu umrzeć.
– Co się dzieje Tony? Kim nie jestem? – spytał tonem głosu zachęcającym do zwierzeń.