• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme

[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#7
16.05.2024, 08:10  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.05.2024, 14:25 przez Laurent Prewett.)  
Czekam na ciebie jak na winobranie
Twoje serce kołyszą fale
Twoje słone usta smakują oceanem
To ma sens, bo coś po nich zostanie


Miedź na złoto? Och nie.

On wymieniał złoto na brylanty.

Wszystko świeciło się w jego dłoniach bardziej. Schizofrenia mogła już dopaść go w poletkach prześcieradła odsuwanego z rana wraz z sennymi marami, ale to mógł być jednak ten narcyzm. Samooszukiwanie się, że dostał wspaniały prezent, który pozwalał mu spojrzeć na świat pod zupełnie innym kątem, zakpić z tych pełnych pożądania oczu - myślisz, że tym sposobem robisz krzywdę komuś innemu? Ale ty robisz krzywdę tylko sobie. Przelewające się roztopione złoto przez palce wędrowało jak łzy po alabastrze skóry. Docierało do miejsc, o których palce niektórych mogły tylko śnić z myślą, że przecież należałoby wybić najpierw połowę Londynu, albo przynajmniej ustawić się w kolejce, żeby doznać czegoś świętego. Chciał być święty. Chciał być całkowicie grzeszny. Pragniesz ubierać się w samo złoto, ale inni chcieli dotykać czystej i nieskazitelnej bieli, niewinności, którą zagrywał jak kartę, bo przecież ile niewinności niby miało w nim zostać? Transakcja była aż nadto świadoma, a jednocześnie opierała się na zupełnej głupocie. Mówisz, że za dotknięcie złota i zebranie go w palce, jak ten cenny, pszczeli miód, chcesz dostać brylanty, klejnoty i jadeitową figurkę anioła. W zamian to tylko garść śmieci i czegoś, co oszukujesz się, że ma jakąkolwiek wartość. Nie miało. Dawało tylko jeden moment, jedną chwilę, która była warta na pewno kilka galeonów, jaką wzięłaby dziwka za wykwintny numerek, ale na tym kończyła się tego rola. Zostawało niezdrowe zafascynowanie - oj tak, wiedział, że to zostawało w ich umysłach. Widział to w ich oczach. W tym, jak chcieli wracać, jak szeptali słodkie słówka. Jak uzależniał ich od siebie, jakby zamieniał się w ich narkotyk, którym kiedyś sam tak gardził bo uzależnił jego samego. Oto nauka z tej bajki, moje dzieci - wszystko było dla ludzi, ale ambrozję postanówcie pić z głową. Jad, który był lekarstwem, ale stawał się trucizną w przedawkowaniu. Nie pszczoła i nie słodki miód, a żmija. Laurent, czemu twoim zwierzęciem totemicznym jest wąż? W ogóle do ciebie nie pasuje. Uśmiech, słodki, przepraszający wręcz, bo przecież sam był winien tego, że coś nie pasowało, że widział te kręcenie głowami i zupełne niezrozumienie sytuacji.

Przecież to była kpina, jak ludzkość go nie doceniała.

Przecież nie chciał taki być, a to, że ludzie go takim nie widzieli było błogosławieństwem.

Był tak bardzo ciekaw ust, z których potrafił wypływać miód, jad, z których wypadały sowie pióra jak resztki mądrości, które postradało społeczeństwo, skąd można było zbierać perełki i jednocześnie taplać je w błocie. Wieczne i ciągłe zastanowienie, kto był dla niego perłą, a kto tylko tłem, na jakim leżały. Kiedy były w jego mniemaniu czyste, kiedy brudne? Może każda była taka sama, a może były różne. Czy te kobiety, które obejmował w talii były takimi perłami w jego oczach, skoro chciał je dotknąć, a może były po prostu figurami, z którymi chciał się wyrżnąć z marazmu? Jak więc smakowały te zakazane usta, które proponowały się już do posmakowania, ale zrezygnował ich, bo nie był gotów zaspokoić tej ciekawości w zamian za następstwa, jakie przyniósłby smak. Ambrozja, jad i miód - mieszanka aż nadmiernie pospolita, tylko ludzie nie wiedzieli, że ciągle ją pili. Miłość była w końcu bardzo łatwa do pomylenia z pożądaniem. Badanie tego, jak on sam czułby się pod tym pocałunkiem, a jak czuł się pod spojrzeniami tego człowieka, były jak obserwacja nowego gatunku zwierzęcia, który zasługiwał do trafienia do jego małego notatniczka, który przeglądał czasem z okularami na nosie. Postawiłby tam kreski nie ołówkiem - za bardzo by się bał, że może się rozmyć, rozetrzeć szkic dla niego zbyt cenny. To byłyby zdecydowane ruchy piórem z grafitowym tuszem. Gdyby tylko potrafił stawiać linie szarpane, oddać naturę tego człowieka, której ciągle nie rozumiał, a jednocześnie wydawało mu się, że pojął na tyle, żeby niedługo zacząć się tym chełpić...

- Jestem ciekaw. - Coś zgasło. Zgodnie ze wszelkimi przewidywaniami, bo przecież nie cieszy cię perła tak samo, kiedy upadła w to błoto i umorusała się, udając nagle nieco inny rys, nim była nim dotychczasowo. Perła jak perła, przecież tutaj byli tylko i aż ludźmi. Sobą, ciągle sobą, tylko nad wyrost, bardziej intensywnie. Tak, to tutaj można było usłyszeć to "wszystko" i wyjść przepełnionym wszystkim i pustym jednocześnie. Przefiltrować emocje, co leżały za mocno na sercu. Próg tej pracowni za bardzo robił smak na mocne wino, któremu nie możesz się oprzeć - bierzesz kolejny i kolejny łyk, żeby przestać się opamiętywać. Chcesz w tym tonąć, jakby to był senny miraż, mimo zahaczenia o rzeczywistość. Trzeźwość myśli nie była tutaj domeną. Nawet zegar nie spełniał swojej funkcji - ten nie na sprzedaż, dekorowany kością jakby kpiną z ceny życia. Kością czego? Kością kogo? Kaletnik gotów był wyjąć z uda bielmo, żeby tylko pozostawić odcisk na tym świecie. Skoro już oskarżał go o gubienie zmysłów, a samego siebie o niezdrowe pijaństwo, równie dobrze mógł zapomnieć o moralności. Dobro, zło - wszystko mogło też zostać za tym progiem. Tak samo jak zdrowy rozsądek i umiar. Morał kolejny bajki-nie-dla-dzieci. Sięgasz po ambrozję? Sięgaj z umiarem. Inaczej będziesz czekać na drugiego człowieka tak, jakby był winogronem, które będziesz gnieść w swoich rękach, żeby wycisnąć z niego wszystkie soki. Będzie spływało w dół jak to złoto, jak ten miód, ale tym razem nie po to, by je rozdawać. To był tylko i wyłącznie twój sok. I w całym zachwycie, którym się tak mocno zachłysnął, w całej fascynacji i szczęściu Laurent wcale nie pomyślał o tym, że przecież to może naprawdę kogoś innego zranić.

Miał ochotę tańczyć do muzyki, która grała i świergotała w jego sercu. Nie był wybitnym tancerzem kiedy przychodziło o kroki, ale tyle razy było mówione, by stawiać własne, że nie powinno to mieć znaczenia. Podepcze swojego nieistniejącego partnera, cóż z tego? Kto by mu nie wybaczył wszystkich grzechów, które popełniał raz za razem? Denerwowali się, klęli, martwił ich raz za razem. To nie nieszczęścia go goniły, to on musiał nieszczęść szukać. Kataklizm myśli nie ogarniał go, kiedy powiódł wzrokiem za Esme, bo ten zrobił to, czego nie zrobił on. Odwrócił plakietkę na magiczne słowo ZAMKNIĘTE. Drgnęły mu kąciki ust ku górze, a z gardła wydobyło się kilka nutek. Krótka chwila nucenia - syreni śpiew, który mamił zmysły i zdolny był do zmienienia świata. Zdolny był też do porwania serca, które wtedy nie pragnęło niczego innego niż zatonąć w morzu, do którego był ciągnięty. Tu nie zmieniło się nic i zarazem zmienił się okruszek wszechświata. Promienie słońca rozjaśniły cieplejszym blaskiem to miejsce na krótki moment - to przez ekscytację. Nie nawet celowe działanie, to tylko ta ekscytacja. Rozlały się po tych meblach, objęły czułym pocałunkiem przestrzeń dookoła, przytulił się do nich jakby były skarbami - nawet ten zegar. Ta brzydka tarcza, na której nie było wskazówek, więc jaki niby miał być jego cel? Nie wyglądał nawet ładnie. Dla Laurenta wyglądał całkiem zjawiskowo. Enigmatyczna tabliczka (jaka enigmatyczna? całkowicie normalna!) obwieszczająca brak możliwości zakupu sugerowała, że albo czekało to do odebrania, albo czekało na to, aż kaletnik będzie miał odpowiednio wiele czasu, żeby się nią zająć. Chciałby zawisnąć na tej ścianie chociaż przez kilka chwil. Opatrzony napisem "NIE NA SPRZEDAŻ". Nie sprzedałby go wcale, ale zawiśnięcie, by być jak motyl przypięty pinezką do tablicy nie było w jego naturze. Chciał zostać złapany i zatrzymany, ale nie przyszpilony. Chciał dawać się niszczyć, ale wcale nie chciał być zniszczony. Więc może chociaż kaletnik, no może chociaż on, był w stanie jednak coś odbudować..? Jeśli nie było w tym egoizmu to co? Pewnie nie był to egoizm, jeśli jednocześnie chcesz dawać. Ale gdyby chciał tylko dawać podchodziłby do niego dokładnie tak samo, jak do wszystkich tych, którzy wpadli mu w oko i ich błogosławieństwem (klątwą) było zwrócenie na siebie uwagi. Cieszył się przecież jak dziecko, które ma sobie samemu kupić cukierka, który zobaczył na targu, przez który przebiegał z błyskiem oczu. Bieg - nie zważając na to, że potrąci ludzi, że ktoś się oburzy, że może przez to spowodować jakieś kłopoty. Nie. On chciał tego cukierka, ale zanim go dostanie to musiał się nabiegać. Przewidział już koniec. Stanie przed tym straganem z monetami i przestaną błyszczeć oczy. Wszyscy będą kupowali cukierki. On nie kupi żadnego.

Budzić emocje - cel nad wyraz ważny. Istotnie rozpływający się na języku jak ta landrynka, która cieszyła, kiedy wyciągałeś ją z kolorowego papierka. Cieszy najpierw oczy kolorem, kształtem, cieszy zmysł węchu zapachem. W końcu czujesz jej smak. Głęboko owocowy, rozpływający się z ustach wraz z przetopionym cukrem. Krótka melodia gładko zakończyła się, kiedy kaletnik usiadł i wszystko znowu było pogrążone w półmroku. W nim nie widział jego oczu zupełnie - przecież te jego wcale nie były takie bystre i ostre. Nie bez powodu do czytania zakładał na nos okulary. Owszem, widziałby litery, ale za bardzo się wtedy męczył. Męczyła się jego głowa. Tutaj zmęczony się nie czuł (jeszcze). Czego nie dałoby się nie zauważyć za to tej zmiany atmosfery. Zmiany, która jednocześnie go nie zraziła (jeszcze). Zmiany, która co najwyżej trochę go uspokoiła, bo kiedy przychodziło odkrycie Prawdy, którą Esme tak lubił... Uśmiech. Prawdziwy czy może sfałszowany? Ach, no właśnie, oskarżanie Esme o to, że sprzedawał komuś fałsz nie było czymś, co pojawiłoby się na koniuszku palca, którym wskazałby go Laurent. Laurent wiedział, że Esme kochał prawdę. Czy Esme dopiero teraz zrozumiał, dlaczego Laurent nazywał siebie Kłamstwem? I to też była prawda - niekoniecznie musiała mu się podobać, ale blondyn nawet nie wpadł na ten wniosek w tym momencie. Teraz płynął z nurtem za bardzo ciekaw, do jakiego punktu go to doprowadzi. Do punktu, w którym będzie dzieckiem nie decydującym się na zakup cukierka. Rozczarowanym. Nie, więc wróć - nie szukał punktu końcowego, bo go znał. Był przeświadczony o tym, że go znał. Zastanawiał się tylko (równie niezrażony) jak szybko tam dopłynie.

Ach, zrozumiał! Przez moment naprawdę martwił się tym, że ta ciekawość i brak zrozumienia, brak połączenia faktów, ciągle będzie przeszkadzała Esme w odgadnięciu tej lepkiej zagadki, jaka została tutaj upleciona. Że będzie musiał dalej w to brnąć i w końcu... teraz powiedziałby to wprost. Rzuciłby zabawę, którą sobie ułożył na początkowych torach (bo torowisko było gotowe tylko na początku drogi, później ta kolejka jechała szalenie po bezdrożach) i wyjaśnił sytuację, która mogła się zamienić w całkowicie niezręczną. Nawet to zmienienie napisu na "ZAMKNIĘTE" przyniosło odrobinę niepewności i znak zapytania do głowy. Nie znał Esme od innej strony niż bezpośredniego kontaktu ze sobą. Bez ludzi wokół, którzy by przeszkadzali. Od przegranego do momentu triumfu i zadowolenia - jaki przekrój jego emocji mógł jeszcze zobaczyć Rowle? Niepokój, bo czy Esme mógł kogoś skrzywdzić? To nawet nie było pytanie, albo pytanie odpowiadało się samo. Tak. Jak skrzywdzić? Fizycznie? Niee... Psychicznie? Tak. Co by zrobił? Nie wiedział, nie rozumiał, bo może wcale tak nie było - to tylko strach o siebie samego, powtarzający się schemat, wprawiał umysł w niepewność. To uczucie rozwiało się błyskawicznie.

- Zastanawiałem się, czy jest ta senna mara, która spełniłaby twoje marzenia. - Przeszedł się kolejny raz. To były bardzo wolne kroki. Wystawiona nóżka na moment dłużej wisiała w powietrzu, nim ją postawił, stuknął obcasem. Dwa kroki i zawracał. Tylko na chwilę odpuścił sobie patrzenie na Esme - w chwili, kiedy opisywał swoją Fantazję, swoją własną. On też śnił. Wyśnił tę senną marę, która z jakichś przyczyn wyglądała podobnie jak jeden z jego Koszmarów. A jednak był na tyle czuły i kochany, że Laurent chyba przestawał mieć problemy z zasypianiem. Mógł zacząć mieć problemy z budzeniem się. - Więc... prawie ideał. - Nawet nie senny. Ten uśmiech Laurenta, kiedy teraz spojrzał na Esme miał odrobinę krytyczny wyraz. Nie dlatego, że krytycznie podchodził do wyobrażenia, bo zaakcentowałby to na początku swojej wypowiedzi, a dlatego, że krytyczne było to, że trafił. To jest - on trafił? Moc nie należała do niego, nie on był tutaj cudotwórcą. Jak tragiczne musiało być wyśnienie czegoś na jawie, kiedy nie mogłeś tego dotknąć? Och, ależ mógł, mógł! Ale przecież nie dotknąłby Kłamstwa, którym się brzydził. Dlatego granie w tę grę zbyt długo byłoby wręcz krytyczne.

Wszystko w tym miejscu działo się za biurkiem Esme. Tam się tworzyły dzieła sztuki (tak, tak, nie jest pan artystą!). Tam wracały do życia trupy. Dlatego tam było światło. Tam należało dłubać w najmniejszych szczegółach, a co jeśli klient szczegółu nie dojrzy na wystawie, gdyby chciał jednak coś odkupić? Coś odnowionego, co zostało porzucone przez klienta, albo coś, co zostało stworzone od początku do końca przez Rowle i miało wyjątkowy wyraz? Laurent nie przychodził tutaj rozglądać się za odnowionymi starociami. Jego wizyty miały jasny cel - i niekoniecznie konieczność tej wizyty wiązała się z tym, że potrzebował kaletnika. On potrzebował Esme. Był jedną z tych osób, których nie dało się zastąpić, choć przecież zmysł biznesu mówił, że nie istniały osoby nie do zastąpienia. Możesz wymienić rolę człowieka, ale nie zastąpisz uczuć, które ten człowiek ze sobą niósł. Te będą niemal zawsze inne w przypadku jakich kuriozów jak ten ciemnowłosy mężczyzna. Nie uważał się za znawcę sztuki, ale sztukę uwielbiał. To miejsce było dla niego magiczne. Brak świateł przecież potrafił być wynagradzający - właśnie dlatego, że nie dostrzegałeś szczegółów to byłeś w stanie dopowiedzieć sobie historię, której nie zauważyłeś. Przebłysk złota mógł się zamienić w nić Ariadny, którą wystarczy chwycić i pociągnąć. Brudna szyba zegara była oknem zwęglonym przez smoka, który gonił za błędnym rycerzem. Przecięty pasek od skóry był skórą węża morskiego, co polował na statek, ale poległ tym razem z dzielnymi marynarzami.

- Brunetki, blondynki, szatynki... co za różnica, jaki kolor włosów czy jaki kolor oczu nosi dana kobieta. - Nie było żadnej reguły w wyglądzie tych niewiast, które go przyciągnęły. W bardzo nielicznym gronie, bo jego oczy były utkwione raczej w mężczyznach. Ale niektóre z nich świeciły. Błyszczały tak bardzo, że chciało się im przypomnieć, co to znaczy być kochanym. Jedną z nich dotkliwie przez to zranił, bo ta miłość za mocno zakorzeniła się w jej sercu. Coś, czego nie mógł jej zaoferować. Kłamstwo przegrało z Prawdą. Takie przegrane były naprawdę bolesne. - Nie. - Odpowiedział bez dłuższej chwili namyślenia. Jak mógłby lubić? Kochał złoto, kochał klejnoty. Choć... Chwila zastanowienia później pokazała, że przecież były rzeczy, które cenił bardziej od złota. Które mogły być warte nic, jak ta wyrwana kartka z dziennika, którą powiesił na ścianie, ale dla niego znaczyły wszystko. - Jeśli jest to wymiana jeden do jednego - nie. - Poprawił się więc. - Jakie cuda mogą powstać z miedzi..? Czy ktoś oferujący miedź nie potrzebuje tego złota bardziej? Czy na pewno wymiana sprawi, że stracę? - Było tak wiele nieoczywistości w tej odpowiedzi, ale Laurent zawsze wszystko wyolbrzymiał. Za wiele rzeczy pchał do przodu i widział odpowiedzi, które przecież nie powinny tak mocno przylepiać się do zadanego pytania. Niby prostego. Względnie trudnego. Zatrzymał się i skierował oczy na Esme. Na nowo zadowolonego rozbawionego - próby rozczytania tego człowieka były jak próby wydedukowania następnego ruchu mistrza szachów. Różnica była tylko taka, że Rowle raczej nie planował. Raczej. Laurent sam błysnął uśmiechem na następne zadane pytanie, ale miał on już inny wyraz - niemalże melancholijny.

- Obiecałem sobie, że nigdy się nie zakocham. - Obiecał sobie to, ale potem... - Ale przecież każdy ma słabość. W końcu zjawia się ktoś, kto wstrząsa tobą tak mocno, tak głęboko, że nie jesteś w stanie się oprzeć. Pojawia się myśl, jak u każdego słabego człowieka: może to się uda... - Umiejscowił się za fotelem naprzeciwko Esme i dotknął wezgłowia palcami, przesunął nimi po skórze obijającej mebel. - W tym świecie nic takiego nie może się udać. Każdy mężczyzna będzie destrukcją. - Oparł się obiema rękoma o fotel, unosząc kurtynę rzęs na swojego gospodarza. - Morze pochłonęło przecież tyle serc i nadal należy tylko do siebie samego. - Matka Woda była wolna, kochała każdego po równo i kochała samą siebie. Oderwał dłonie od fotela i wyprostował się. - Mój ukochany rycerz złapałby mnie za dłoń bez względu na wygląd. Ale tacy nie istnieją w tym świecie Esme. Po prostu ich nie ma. Są takim samym fałszem jak to ciało.

Jeszcze nie był świadom tego, co zrobił. Nie, jeszcze nie. Zachłyśnięty, zachwycony, wszystko działo się tak szybko, że głębia tych konsekwencji okazywała się wcale nie leżeć rozciągnięta przed jego oczami.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (8810), Laurent Prewett (8394)




Wiadomości w tym wątku
[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 05.04.2024, 17:00
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 06.04.2024, 19:51
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 06.04.2024, 21:07
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 22.04.2024, 12:16
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 23.04.2024, 20:49
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 16.05.2024, 05:09
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 16.05.2024, 08:10
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 02.08.2024, 06:08
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 11.08.2024, 14:26

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa