16.05.2024, 09:53 ✶
Charlotte rozsiadła się niedbale na krześle, łokieć podpierając o podłokietnik, a policzek o dłoń, przyglądając panom z pewnym rozbawieniem. Narzuciła tę yukatę od Tony'ego na krótką, żółto – złotą sukienkę – głównie po to, by zrobić mu przyjemność, Anthony był sentymentalny i lubił takie drobiazgi, a ona, która jak twierdziła, nie była sentymentalna ani trochę, ulegała im czy to z sympatii, czy dlatego, że usta miała przecież zawsze pełne małych kłamstw i może w tym braku sentymentalizmu też trochę oszukiwała.
Przyniosła im oczywiście prezenty. Nie było to nic wielkiego – ciężko znaleźć dobry prezent dla kogoś, kto sam może kupić sobie wszystko, zwłaszcza że była wprawdzie zamożna (dzieci podrosły, najstarsze utrzymywało się samo, a płaca w Departamencie Tajemnic oznaczała niezłą pensję), ale nawet nie w jednej trzeciej tak jak oni czy ona sama w czasach młodości, gdy jeszcze oficjalnie mogła używać nazwiska Crouchów. Jonathan dostał własny portret, zamówiony u pewnej malarki, z podpisem, że daje mu to, co on kocha najbardziej, Morpheus kadzidła, które przysłała Charlie koleżanka z czasów spędzonych w Stanach – prosto z Nowego Orleanu, gdzie ostały się ślady starej magii Ameryki, a Anthony… mugolską powieść.
Był to swego rodzaju żart i Charlotte oczywiście nie miała pojęcia, co to za książka. Kupiła Jeźdźców Smoków z Pern, bo na okładce był smok.
– Dlaczego miałabym wam pomagać, Tony? To wasza robota. Wy się męczcie, a ja będę tutaj siedzieć i robić to, do czego zostałam stworzona, czyli pięknie wyglądać – odparła, a leniwy uśmiech przemknął po jej wargach.
Raz czy dwa, w przeszłości, zazdrościła im trochę tego, tej bliskości urodzin, bycia dziećmi lata. Później przestała. Charlotte, chociaż pozornie złocista, i tak pewna siebie, że pasowałby do niej znak lwa, była córką zimny, i jej serce najłatwiej skuwał lód, a poza tym – czy też raczej przede wszystkim – lubiła być przecież główną bohaterką wydarzenia, nie miała więc nic przeciwko obchodzeniu tych swoich urodzin całkiem osobno.
To była okazja z jednej strony radosna, bo świętowali ich urodziny i znów byli tu razem, po tylu latach, po tym, jak los ciskał ich często w różne strony świata. Trochę smutna, bo liczba świeczek na torcie przypominała o nieubłagalnym upływie czasu, o tym, że nie byli już młodzi i że nie mieli przed sobą wcale całego czasu świata, że za późno już na niektóre decyzje i na niektóre zmiany.
Tego smutku i goryczy Charlotte nie zamierzała jednak dać po sobie poznać. Utopi je w winie lub w szampanie, w ciepłej wodzie podziemnego basenu, i zapomni o nich przynajmniej na parę godzin.
– Ruszcie się, panowie, chcę wreszcie spróbować tego tortu – pogoniła ich kapryśnie.
Przyniosła im oczywiście prezenty. Nie było to nic wielkiego – ciężko znaleźć dobry prezent dla kogoś, kto sam może kupić sobie wszystko, zwłaszcza że była wprawdzie zamożna (dzieci podrosły, najstarsze utrzymywało się samo, a płaca w Departamencie Tajemnic oznaczała niezłą pensję), ale nawet nie w jednej trzeciej tak jak oni czy ona sama w czasach młodości, gdy jeszcze oficjalnie mogła używać nazwiska Crouchów. Jonathan dostał własny portret, zamówiony u pewnej malarki, z podpisem, że daje mu to, co on kocha najbardziej, Morpheus kadzidła, które przysłała Charlie koleżanka z czasów spędzonych w Stanach – prosto z Nowego Orleanu, gdzie ostały się ślady starej magii Ameryki, a Anthony… mugolską powieść.
Był to swego rodzaju żart i Charlotte oczywiście nie miała pojęcia, co to za książka. Kupiła Jeźdźców Smoków z Pern, bo na okładce był smok.
– Dlaczego miałabym wam pomagać, Tony? To wasza robota. Wy się męczcie, a ja będę tutaj siedzieć i robić to, do czego zostałam stworzona, czyli pięknie wyglądać – odparła, a leniwy uśmiech przemknął po jej wargach.
Raz czy dwa, w przeszłości, zazdrościła im trochę tego, tej bliskości urodzin, bycia dziećmi lata. Później przestała. Charlotte, chociaż pozornie złocista, i tak pewna siebie, że pasowałby do niej znak lwa, była córką zimny, i jej serce najłatwiej skuwał lód, a poza tym – czy też raczej przede wszystkim – lubiła być przecież główną bohaterką wydarzenia, nie miała więc nic przeciwko obchodzeniu tych swoich urodzin całkiem osobno.
To była okazja z jednej strony radosna, bo świętowali ich urodziny i znów byli tu razem, po tylu latach, po tym, jak los ciskał ich często w różne strony świata. Trochę smutna, bo liczba świeczek na torcie przypominała o nieubłagalnym upływie czasu, o tym, że nie byli już młodzi i że nie mieli przed sobą wcale całego czasu świata, że za późno już na niektóre decyzje i na niektóre zmiany.
Tego smutku i goryczy Charlotte nie zamierzała jednak dać po sobie poznać. Utopi je w winie lub w szampanie, w ciepłej wodzie podziemnego basenu, i zapomni o nich przynajmniej na parę godzin.
– Ruszcie się, panowie, chcę wreszcie spróbować tego tortu – pogoniła ich kapryśnie.