16.05.2024, 11:17 ✶
Można było by pomyśleć, że Jonathan będąc sobą nie będzie szczegolny chętny do dzielenia tego specjalnego dnia z resztą przyjaciół, ale po pierwsze byli to Oni, a dla nich to nawet ogolilby się na łyso, a po drugie urodziny i tak były jedną z tych uroczystości, które lepiej było świętować z kimś i wyczekiwać na obchodzenie tej ich własnej tradycji, zamiast męczyć się z przygotowaniami jednocześnie, walcząc z tym, by nie myśleć ile się już miało lat. Jakoś tak po czterdziestce te liczby stawały się coraz bardziej abstrakcyjne, nie ważne ile razy by nie mówił, że im jest starszy, tym wygląda lepiej, co potwierdzał jedynie portret od Charlotte.
– On ci będzie nawet w grobie te loki układał. A to przecież nasz skarb narodowy! – rzucił rozbawiony do Morpheusa posłusznie zmieniając swoje miejsce energicznym krokiem, tak by bohatersko gasić skrzydło tortu. Nawet nie zamierzał podchodzić do całej sprawy inaczej, niż na poważnie. – Tort wygląda świetnie Tony. Wyjątkowo nawet nie zastrzegł, że i tak nie prezentował się tak dobrze, jak tamten tort weselny, bo przyjaźń przyjaźnią, ale miał wrażenie, że po dwudziestu trzech latach słuchania tego, tamci mogliby mieć już nieco dosyć. Ten jeden raz więc im odpuści.
– Lottie, nasze dziecko drogie, naprawdę – powiedział odrywając na chwilę wzrok od świeczek, by z teatralnym westchnięcie spojrzeć na przyjaciółkę. – Nie poganiaj starszych od siebie, gdy dmuchają świeczki. To nie wypada. – Tak wiedział, że to Charlotte była starsza, ale oni dzisiaj mieli urodziny, więc i tak mógł tak mówić.
No dobrze życzenie. Miał wiele życzeń, jedno bardzo praktyczne, chociaż raczej zbyt rozczeniowe, bo wątpił, czy moc świeczek byłaby na tyle silna, aby rozsadzić głowy wszystkim śmierciożercom w Wielkiej Brytanii. Postanowił więc postawić na coś innego, co na dobrą sprawę również było wyzwaniem. By po prostu mogli spotykać się tu ze sobą co roku, aż do bardzo bardzo późnej starości.
Raz, dwa i trzy...
– On ci będzie nawet w grobie te loki układał. A to przecież nasz skarb narodowy! – rzucił rozbawiony do Morpheusa posłusznie zmieniając swoje miejsce energicznym krokiem, tak by bohatersko gasić skrzydło tortu. Nawet nie zamierzał podchodzić do całej sprawy inaczej, niż na poważnie. – Tort wygląda świetnie Tony. Wyjątkowo nawet nie zastrzegł, że i tak nie prezentował się tak dobrze, jak tamten tort weselny, bo przyjaźń przyjaźnią, ale miał wrażenie, że po dwudziestu trzech latach słuchania tego, tamci mogliby mieć już nieco dosyć. Ten jeden raz więc im odpuści.
– Lottie, nasze dziecko drogie, naprawdę – powiedział odrywając na chwilę wzrok od świeczek, by z teatralnym westchnięcie spojrzeć na przyjaciółkę. – Nie poganiaj starszych od siebie, gdy dmuchają świeczki. To nie wypada. – Tak wiedział, że to Charlotte była starsza, ale oni dzisiaj mieli urodziny, więc i tak mógł tak mówić.
No dobrze życzenie. Miał wiele życzeń, jedno bardzo praktyczne, chociaż raczej zbyt rozczeniowe, bo wątpił, czy moc świeczek byłaby na tyle silna, aby rozsadzić głowy wszystkim śmierciożercom w Wielkiej Brytanii. Postanowił więc postawić na coś innego, co na dobrą sprawę również było wyzwaniem. By po prostu mogli spotykać się tu ze sobą co roku, aż do bardzo bardzo późnej starości.
Raz, dwa i trzy...