16.05.2024, 20:00 ✶
Próbowałem stłumić w sobie tę radość. Była zła. Choć cały ten akt uczynił mnie lekkim i szczęśliwym, to miał złe fundamenty. Nie mogłem się tym rozkoszować. Nie mogłem oblizywać warg czy palców z dreszczem podniecenia. Nie mogłem myśleć o tym w kategoriach, jakie to było przepyszne, a jednak... Stało się. Stało się - tak ciągle myślałem, w ten sposób bagatelizując swoje wstrętne postępowanie. A wcale nie było dobrze, było wręcz paskudnie, niebezpiecznie totalnie. Mogłem się nie powstrzymać. Mogłem go wyssać do cna... Mogłem utracić wiele i wciąż tak się mogło potoczyć, a mimo to się uśmiechałem.
Te dłonie wcale nie miały zakryć zakłopotania, tylko zadowolenie. Ledwo zdławiłem w sobie beztroski śmiech. To nie byłoby na miejscu. Bardzo nie na miejscu. Opanowałem się, po raz drugi zresztą i ogarnąłem w międzyczasie z tej krwi, która zalegała jeszcze w kącikach moich warg, gdzieś spływająca po brodzie.
Przełknąłem ciężko ślinę, po czym sp0jrzałem na Laurenta. Mógł mnie wpakować w niezłe tarapaty. Mógł i w pełni na to zasługiwałem... Tylko że jak na niego spojrzałem, to te obawy jakoś się magicznie rozpłynęły. Pojawiła się z kolei troska i zaniepokojenie stanem mojego towarzysza. Nie dość, że go nieźle spiłem, to jeszcze najwyraźniej mimowolnie popchnąłem. Nie kontrolowałem tego. Jak niczego zresztą... Ale się powstrzymałem. Sam. Nie wiedziałem, co spowodowało, że tak to się stało.
- Przestań. Stało się cholernie dużo - zauważyłem, postępując ten krok by podnieść swoją różdżkę z podłogi.
Przywołałem od razu magią jeden z eliksirów, które składowaliśmy z Kimi. Na regenerację. Przydawało się, kiedy mnie ponosiło. Teraz też... Cóż, pomimo sytuacji, złapałem eliksir w locie, bo miało się ten refleks po dawnych rozgrywkach Quidditcha. Zerknąłem aby przelotnie na etykietę, po czym uklęknąłem przed Laurentem. Chciałem mu jakoś pomóc... Ale nie chciałem go przestraszyć...
- Już nic ci nie zrobię... złego - odparłem, unosząc na chwilę dłonie w górę w powolnym geście, po czym wyciągnąłem w jego kierunku fiolkę odwróconą etykieta w jego stronę. - Wypij, zrobi ci się lepiej. Szybciej... się zagoi i, cóż, uzupełni krew - dodałem, po czym wskazałem na jego szyję. Bałem się to oglądać, ale musiałem zobaczyć, czy za bardzo nie rozorałem mu szyi. Miałem aby nadzieję, że obędzie się bez magomedyków.
- Mogę obejrzeć...? Nieco cię opatrzę, ewentualnie wezwiemy specjalistę - odezwałem się po chwili. Miałem na powrót poważną twarz, która znacznie się odmieniła. Nabrała kolorów, pozbyła się sińców wokół oczu, jakby pojaśniała życiem, a nie chorą bielą.
Te dłonie wcale nie miały zakryć zakłopotania, tylko zadowolenie. Ledwo zdławiłem w sobie beztroski śmiech. To nie byłoby na miejscu. Bardzo nie na miejscu. Opanowałem się, po raz drugi zresztą i ogarnąłem w międzyczasie z tej krwi, która zalegała jeszcze w kącikach moich warg, gdzieś spływająca po brodzie.
Przełknąłem ciężko ślinę, po czym sp0jrzałem na Laurenta. Mógł mnie wpakować w niezłe tarapaty. Mógł i w pełni na to zasługiwałem... Tylko że jak na niego spojrzałem, to te obawy jakoś się magicznie rozpłynęły. Pojawiła się z kolei troska i zaniepokojenie stanem mojego towarzysza. Nie dość, że go nieźle spiłem, to jeszcze najwyraźniej mimowolnie popchnąłem. Nie kontrolowałem tego. Jak niczego zresztą... Ale się powstrzymałem. Sam. Nie wiedziałem, co spowodowało, że tak to się stało.
- Przestań. Stało się cholernie dużo - zauważyłem, postępując ten krok by podnieść swoją różdżkę z podłogi.
Przywołałem od razu magią jeden z eliksirów, które składowaliśmy z Kimi. Na regenerację. Przydawało się, kiedy mnie ponosiło. Teraz też... Cóż, pomimo sytuacji, złapałem eliksir w locie, bo miało się ten refleks po dawnych rozgrywkach Quidditcha. Zerknąłem aby przelotnie na etykietę, po czym uklęknąłem przed Laurentem. Chciałem mu jakoś pomóc... Ale nie chciałem go przestraszyć...
- Już nic ci nie zrobię... złego - odparłem, unosząc na chwilę dłonie w górę w powolnym geście, po czym wyciągnąłem w jego kierunku fiolkę odwróconą etykieta w jego stronę. - Wypij, zrobi ci się lepiej. Szybciej... się zagoi i, cóż, uzupełni krew - dodałem, po czym wskazałem na jego szyję. Bałem się to oglądać, ale musiałem zobaczyć, czy za bardzo nie rozorałem mu szyi. Miałem aby nadzieję, że obędzie się bez magomedyków.
- Mogę obejrzeć...? Nieco cię opatrzę, ewentualnie wezwiemy specjalistę - odezwałem się po chwili. Miałem na powrót poważną twarz, która znacznie się odmieniła. Nabrała kolorów, pozbyła się sińców wokół oczu, jakby pojaśniała życiem, a nie chorą bielą.