17.05.2024, 09:34 ✶
Choć potrafił się bić, pierwszy raz stoczył tak zajadłą walkę z drugą bestią. Niepomny na obrażenia, pod wpływem adrenaliny i emocji, które nim szarpały stracił zbyt wiele krwi, zbyt wiele sił na to, by po prostu się podnieść, by wpaść na to, żeby poprosić o pomoc. Z resztą... czemu miałby to robić? Czuł się bezpieczny, czuł się zaopiekowany, czuł...
Kiedy wrócili do Londynu, Samuel był osłabiony, ale szczęśliwy roziskrzeniem swojej matki Bereniki, która bardzo, ale to bardzo nie chciała, aby jej pierworodny szedł do Hogwartu. Powodów było wiele. Sam fakt, że jego ojciec Altair Black uciekł od społeczności i zaszył się z nią tutaj, a małemu dziecku zbyt łatwo byłoby zdradzić rodzinne tajemnice. Zdrajca krwi nie musiał, ale mógł ściągnąć na siebie niepotrzebną uwagę, jego ojciec nie musiał, ale mógł chcieć przetrącić kark krnąbrnej latorośli, wyrwać ją jak chwasta. Teraz byli już w domu, w małej, ciasnej leśniczówce ukrytej w samym środku Kniei, gdzie przed laty Robert McGonagall Junior prowadził swoje badania, a teraz oni, we trójkę, żyli przez nikogo nie niepokojeni.
Był tak słaby jak teraz, majaczył na granicy snu i jawy, omdlenia i świadomości, zdając sobie sprawę, że trochę żałuje, że chciałby poznać inne dzieci, chciałby móc bawić się z kimś, kto jest w jego wieku, kto też jest człowiekiem, a nie zwierzęciem spotkanym w lesie. Ojciec tulił go, czuł jego zmęczenie i strach.
Tymczasem Berenika w czarnej sukni, z upiętymi włosami w ciasny kok, jeszcze nie przebrała się w wygodną roboczą suknię, jeszcze nie założyła fartucha, a włosów nie splotła w warkocz. Przekrzywiła głowę, ptasio, podreptała przez moment w miejscu, jakby układała się na grzędzie. Klątwa Maledictusa nie obciążyła jej syna, z racji płci, ale najwidoczniej klątwa żywiołów, którą przyniosł do ich związku Altair. Byli przeklęci. Byli błogosławieni. On syn ziemi, ona córka powietrza, ptasia przewodniczka. Duch w niej cieszył się, zaborczo chcąc trzymać bliskich w gnieździe.
– Napiszę do Minevry, to wszystko da się zorganizować, nikt nie powie mi, że nie potrafię dać mu dobrej edukacji – zaskrzeczała, mówiąc głosem swoim i ducha w niej. Przerażająca w swojej opiekuńczej aurze. Samuel poczuł na czole palce ojca odgarniające kosmyki, czuł jego troskliwe spojrzenie, jego zmartwienie.
– Dobrze – odpowiedział miękko, a syn był zbyt zmęczony i zbyt młody by usłyszeć w tym pojedynczym słowie kapitulację. Przez przymknięte powieki widział jej cień, widział jak rozwiera ramiona, które stają się skrzydłami, widział jak wylatuje z domu zostawiając ich samych. Musiała odetchnąć. Widział jak odlatuje...
... widział jak unosi się nad nim wędrowny sokół. Krąży i czeka, krąży i patrzy czy wyzionie ducha. Po tylu latach. Wróciła? Przytłumione głosy, szarpnięcie, ktoś go zabierał, zabierał od niej. Spróbował coś powiedzieć, ale tylko poruszył ustami. W kąciku jasnych jak lipcowe niebo oczach zalśniły kolejne łzy.
– Przepraszam – wydusił z siebie szept, po czym odpłynął znów, tracąc absolutnie świadomość tego kto i gdzie go zabiera. Została tylko czerń.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Kiedy wrócili do Londynu, Samuel był osłabiony, ale szczęśliwy roziskrzeniem swojej matki Bereniki, która bardzo, ale to bardzo nie chciała, aby jej pierworodny szedł do Hogwartu. Powodów było wiele. Sam fakt, że jego ojciec Altair Black uciekł od społeczności i zaszył się z nią tutaj, a małemu dziecku zbyt łatwo byłoby zdradzić rodzinne tajemnice. Zdrajca krwi nie musiał, ale mógł ściągnąć na siebie niepotrzebną uwagę, jego ojciec nie musiał, ale mógł chcieć przetrącić kark krnąbrnej latorośli, wyrwać ją jak chwasta. Teraz byli już w domu, w małej, ciasnej leśniczówce ukrytej w samym środku Kniei, gdzie przed laty Robert McGonagall Junior prowadził swoje badania, a teraz oni, we trójkę, żyli przez nikogo nie niepokojeni.
Był tak słaby jak teraz, majaczył na granicy snu i jawy, omdlenia i świadomości, zdając sobie sprawę, że trochę żałuje, że chciałby poznać inne dzieci, chciałby móc bawić się z kimś, kto jest w jego wieku, kto też jest człowiekiem, a nie zwierzęciem spotkanym w lesie. Ojciec tulił go, czuł jego zmęczenie i strach.
Tymczasem Berenika w czarnej sukni, z upiętymi włosami w ciasny kok, jeszcze nie przebrała się w wygodną roboczą suknię, jeszcze nie założyła fartucha, a włosów nie splotła w warkocz. Przekrzywiła głowę, ptasio, podreptała przez moment w miejscu, jakby układała się na grzędzie. Klątwa Maledictusa nie obciążyła jej syna, z racji płci, ale najwidoczniej klątwa żywiołów, którą przyniosł do ich związku Altair. Byli przeklęci. Byli błogosławieni. On syn ziemi, ona córka powietrza, ptasia przewodniczka. Duch w niej cieszył się, zaborczo chcąc trzymać bliskich w gnieździe.
– Napiszę do Minevry, to wszystko da się zorganizować, nikt nie powie mi, że nie potrafię dać mu dobrej edukacji – zaskrzeczała, mówiąc głosem swoim i ducha w niej. Przerażająca w swojej opiekuńczej aurze. Samuel poczuł na czole palce ojca odgarniające kosmyki, czuł jego troskliwe spojrzenie, jego zmartwienie.
– Dobrze – odpowiedział miękko, a syn był zbyt zmęczony i zbyt młody by usłyszeć w tym pojedynczym słowie kapitulację. Przez przymknięte powieki widział jej cień, widział jak rozwiera ramiona, które stają się skrzydłami, widział jak wylatuje z domu zostawiając ich samych. Musiała odetchnąć. Widział jak odlatuje...
... widział jak unosi się nad nim wędrowny sokół. Krąży i czeka, krąży i patrzy czy wyzionie ducha. Po tylu latach. Wróciła? Przytłumione głosy, szarpnięcie, ktoś go zabierał, zabierał od niej. Spróbował coś powiedzieć, ale tylko poruszył ustami. W kąciku jasnych jak lipcowe niebo oczach zalśniły kolejne łzy.
– Przepraszam – wydusił z siebie szept, po czym odpłynął znów, tracąc absolutnie świadomość tego kto i gdzie go zabiera. Została tylko czerń.
Koniec sesji
Postem realizuję Prompt z miesiąca miłości